Jak zapewne większość Mamy czytelników się domyśla, tekst, który macie właśnie przed oczyma powstał dawno temu, w okolicznościach zimowych, zbliżonych do Nowego Roku (ech, cykle produkcyjne i ich wymagania). Trudno myśleć o lecie czy złotej jesieni, kiedy za oknem hula wiatr i siecze lodowaty zimowy deszcz. Ten właśnie zespół uwarunkowań sprawił, że Mama pogrążyła się w rozważaniach na temat życia ludzkiego w XXI wieku i tego, jak bardzo jest ono odklejone od teraźniejszości i skierowane ku niepewnej i mglistej przyszłości.
Profesjonalny człowiek naszego wieku jest silny, zwarty, gotowy i skoncentrowany wokół zadań, które – bardziej lub mniej skrupulatnie – odhacza i usuwa z kalendarza, robiąc miejsce na nowe. To jest oczywiście modus vivendi , który doskonale sprawdza się w korpowszechświecie, ale niekoniecznie w rodzinie, a już szczególnie fatalne osiągnięcia uzyskuje, kiedy zastosujemy go do wychowania dzieci.
Naczytani do wypęku pop-naukowych książek czy artykułów z dziedziny neuropsychologii małego dziecka, z fanatycznym błyskiem w oku przyglądamy się świeżo przybyłemu do nas malutkiemu człowiekowi, myśląc o tysiącu możliwościach ukrytych w tej miękkiej jeszcze, puszystej, maleńkiej główce. Skoro taki potencjał drzemie w tym rozwijającym się móżdżku, to przecież szkoda go nie wykorzystać, prawda? Zafascynowani potencjalnym geniuszem własnego dziecka i świadomi, że mamy niedługi czas na jego przebudzenie, zaczynamy działać. Zamiast cieszyć się trwającą chwilą, już – w myśl wspomnianej wyżej mentalności zadaniowej – szukamy kursów, warsztatów i szkoleń, które przygotują naszego beniaminka do oczywistego sukcesu w przyszłym wyścigu szczurów. Paleta przeróżnych „nauk przez zabawę” dla niemowląt i małych dzieci jest pokaźna: języki obce, pływanie, baby balet , przeróżne gimnastyki, zajęcia umuzykalniające – a nawet nauka czytania! Początkowo to jest naprawdę fascynujące, ta konfrontacja nowych zadań i możliwości dziecka. Im maluch starszy, tym chętniej podejmuje nowe wyzwania, które poszerzają jego granice – np. do lekcji angielskiego dodajemy klubik piłkarski i jazdę konną, potem jeszcze naukę programowania i zabawy matematyczne. W weekendy prowadzimy synka/córkę na lekcje muzealne i do teatru. Wszystkie te wyzwania są źródłem nowych zdarzeń, które generują kolejne i kolejne obowiązki i zadania do wykonania. Nad nami i nad dziećmi zaczyna piętrzyć się stroma piramida, która zagraża naszemu życiu i zdrowiu. Jeszcze się staramy – rozkładamy wszystko efektywniej w czasie, może nieco wcześniej wstajemy, może trochę później kładziemy się spać, jednak w pewnym momencie zasoby naszych dzieci i nasze się wyczerpują i wchodzimy w etap walki o minuty. Dziecko nie ma już przestrzeni na zabawę i relacje towarzyskie, bo cały czas poza przedszkolem czy szkołą zabierają mu tak zwane zajęcia dodatkowe. Nadal jeszcze chętnie uczestniczy w niektórych, ale jest coraz bardziej znużone i odczuwa zdecydowanie mniej przyjemności, a więcej presji rodziców. Nie ma kontaktu ze swoim wnętrzem, nie wie, co je tak naprawdę interesuje, nie potrafi samo się bawić ani zagospodarować czasu wolnego, który niekiedy – raczej rzadko – mu się przydarza. Cały impet wychowawczy jest skupiony na sferze intelektualnej i fizycznej dziecka, pozostawiając gdzieś w tyle jego emocje, wyobraźnię, potrzeby duchowe i społeczne. Tak bardzo nie chcemy zmarnować potencjału potomka, że zarzucamy go bodźcami, których nie umie przetworzyć i które go wypalają.
W pewnej chwili orientujemy się, że z dzieckiem dzieje się coś niedobrego i zaczynamy walkę zarówno z umykającym czasem, jak i z rozdźwiękiem, jaki wkradł się pomiędzy nasze wzajemne relacje. Jednak ta obcość pomiędzy nami a dzieckiem może być już tak duża, że trudno nam wejść w jakikolwiek kontakt ze sobą nawzajem i często jedynym ratunkiem staje się terapia.
Konieczne jest, aby sobie w porę uświadomić, że dziecko to nie jest komputer, który można dowolnie programować i obciążać wciąż nowymi aplikacjami. Dziecko, jak każdy człowiek, jest cudownym konglomeratem ducha, emocji oraz intelektu i musi być karmione w każdej z tych sfer.
Nie bójmy się czasu, dajmy go dzieciom, ale trochę bardziej na ich warunkach.
Przyglądajmy się dziecku, obserwujmy je. Jaki ma temperament? Jakie talenty w nim się rozwijają? Co lubi? Co je zachwyca? Kiedy jest smutne? Co je wyprowadza z równowagi? Z jakimi ograniczeniami powinno się pogodzić?
Nie planujmy mu życia humanisty (bo lubi czytać książeczki) czy speca od nauk ścisłych (bo rozkręca każdy samochodzik i rozpoznaje markę auta po dźwięku silnika), ale – jeszcze raz powtórzę – dajmy mu czas na kontakt z samym sobą. Niech grzebie po szkolnym, naukowym strychu swobodnie i bez lęku. Niech wybiera, przymierza do siebie, coś odrzuca a coś innego przyjmuje z zachwytem. Nie marnujemy w ten sposób potencjału dziecka, ale go ukonkretniamy.
W ostatnich dniach Mama czytała niezwykłą historię młodego, czarnoskórego Anglika. Chłopak autystyczny, do jedenastego roku życia nie mówił, do osiemnastego nie czytał. W tej chwili ma 37 lat i został właśnie asystentem na wydziale socjologii Uniwersytetu Cambridge. Dano mu czas, żeby w swoim własnym tempie dorastał i dojrzewał, także intelektualnie. Kiedy był gotów – pobiegł przed siebie po sukces.