Kategoria artykułów:

CYFROWY NAŁÓG

Jak rozpoznać uzależnienie i jak do niego nie doprowadzić.

Uzależnienie od telefonów komórkowych i tabletów z roku na rok staje się powszechniejsze, a jego konsekwencje widzimy w codziennym życiu zarówno wśród dorosłych, jak i młodzieży. W swojej pracy terapeuty spotykam dzieci w wieku przedszkolnym, które nie potrafią mówić, lecz z powodzeniem obsługują YouTube. Inne nie wyobrażają sobie posiłku bez ekranu w rączce.

A będzie tylko gorzej…

Przede wszystkim rodzice

W narracji „młodzież uzależniona od telefonu” łatwo zwrócić uwagę na wielkiego złoczyńcę całej sprawy, którym oczywiście są urządzenia typu smart. Z łatwością narzekamy również na najmłodszych spędzających długie godziny w ciągu dnia i nocy przy błękitnym świetle ekranu.

Nie jest jednak tajemnicą, że problem zaczyna się od rodziców i na rodzicach najczęściej się kończy. To my kupujemy kilkuletnim szkrabom drogie urządzenia elektroniczne i wciskamy je w drobne rączki. To my przymykamy oko na drogie prezenty od rozpieszczającej babci i niepokojące mody przyniesione ze szkoły i podwórka. Robimy to niejednokrotnie z własnej wygody, ale również z powodu traum młodego rodzicielstwa. Nikt nie uczył nas, jak być dobrym rodzicem i na jakie poświęcenia decydujemy się po narodzinach dziecka. Wstawanie wcześnie w nocy, ciągłe sprzątanie, setki wydatków, odkładanie różnych hobby na czas nieokreślony. Obejrzenie całego odcinka ulubionego serialu na Netflixie bez żadnego rozproszenia staje się świętem porównywalnym do ośmiogodzinnego snu. W codziennym zmęczeniu nie pomaga „instagramizacja” życia, gdy obserwujemy znajomych zdobywających świat, z tysiącem pasji i zainteresowań, na które mają czas…, ponieważ nie mają dzieci.

Smartfon bywa stosowany wobec małych dzieci jak przycisk "wycisz" w telewizorze.
fot. Małgorzata Trajdos

I to właśnie w tym momencie miał swoje wielkie wejście smartfon. Swoisty przycisk „wycisz”, jak na telewizorze, którego zaczęliśmy stopniowo nadużywać.

Z telefonem komórkowym mamy problem my sami – dorośli. W gabinecie terapeutycznym często się przekonuję, że choć dziecko ma duże trudności z zachowaniem umiaru, okazuje się, że wzorce czerpie właśnie od rodzica. Jeżeli sami sięgamy po telefon w trakcie rozmowy, podczas wspólnych posiłków czy spacerów, automatycznie dajemy dziecku sygnał, że to jest nasza definicja normalności. Tłumaczenie: „tobie nie wolno, ale rodzic może”, nic tutaj nie daje. Budując zdrowy fundament, musimy zacząć od siebie.

Kiedy zapala się lampka bezpieczeństwa?

Co do samej definicji: z uzależnieniem mamy do czynienia w momencie, gdy z powodu danej używki bądź czynności zaczyna cierpieć zarówno nasze otoczenie, jak i my sami. Korzystanie z internetu, przeglądanie Facebooka czy scrollowanie Tik-Toka nie jest niczym złym. Te wszystkie aplikacje służą naszej rozrywce, pozytywnemu eskapizmowi i zwykłemu „studzeniu mózgu”. Problem zaczyna się w momencie, gdy się przesadzi.

Kiedy z powodu przeglądania internetu zaczynamy zaniedbywać relacje z bliskimi, gdy przestajemy wywiązywać się ze swoich obowiązków, takich jak sprzątanie czy odrabianie lekcji, lub gdy dotychczasowa pasja zaczyna schodzić na dalszy plan. Osoby nadużywające internetu potrafią również rezygnować z posiłków, snu, a nawet prysznica. Cierpią na notoryczne spóźnianie, ponieważ ciągle myślą: „jeszcze jeden filmik i wychodzę”. Podczas rozmowy potrafią być nieobecni i zapominalscy. Najgorszym jednak sygnałem pozostaje stres i złość w przypadku abstynencji, czyli braku dostępu do używki. To najskuteczniejszy test, jaki jesteśmy w stanie zrobić zarówno bliskim, jak i samym sobie. Podczas wykładów profilaktycznych zawsze zachęcam do weekendowego detoksu. Piątek, sobota i niedziela zostajemy pozbawieni internetu. Panika, która towarzyszy tej wizji, wyraża więcej niż tysiąc słów.

W przypadku detoksu należy jednak pamiętać, że nie chodzi o całkowite odcięcie od technologii. Nie ma nic światłego w byciu cyfrowym amiszem ignorującym zmieniający się świat. Chodzi jedynie o ograniczenie tej części czasu, którą moglibyśmy (albo powinniśmy) spożytkować inaczej.

Co możemy zrobić, żeby ustrzec się przed problemem?

W ograniczeniu uzależnienia pomagają jasne i konsekwentne zasady przestrzegane w domu. Prostym sposobem pozostaje stworzenie koszyka na smartfony (wszystkich domowników, a nie tylko dziecka), w którym zostawiamy telefony po powrocie do domu. Gdy chcemy coś sprawdzić, podchodzimy, odpisujemy, odkładamy urządzenie i wracamy do swoich obowiązków. Wystarczy kilka kursów z kuchni do salonu, aby rozpocząć negocjacje z samym sobą, że „będę sprawdzał telefon raz na piętnaście minut”.

Drugą prostą zasadą jest reglamentacja ładowarki. Ustalamy, że telefon podłączamy do ładowania dopiero po godzinie dziewiętnastej. Jeżeli rozładuje się wcześniej… trudno. Oczywiście ostrzegam, że gdy pierwszy raz smartfon zgaśnie o osiemnastej, to te pięćdziesiąt dziewięć minut będzie dla rodzica czasem batalii z młodym człowiekiem.

Kolejną sprawą są proste zasady wyznaczające granice w naszym domu, pozwalające stworzyć zdrową strefę rozwoju. Warto na noc zostawiać telefon poza zasięgiem łóżka, w jakimś neutralnym pomieszczeniu. Również warto zwracać uwagę, gdy nasz bliski przegląda telefon podczas rozmowy, spożywania posiłków czy wspólnie spędzanego czasu. Nie bójmy się pokazywać, że jest nam przykro z tego powodu i czujemy się ignorowani. Oczywiście istotne sprawy i obowiązki podlegają odmiennym zasadom, lecz zupełnie inaczej się zachowujemy, gdy dzwoni do nas ktoś ważny, a inaczej, gdy ukradkiem przeglądamy zdjęcia znajomych. Konsekwencja w tym wypadku to stabilność fundamentu, na którym zaczynamy budować relacje.

A gdy już mleko się rozlało?

Kiedy problem zaczyna się rozwijać, pierwszym pytaniem, na jakie powinniśmy sobie odpowiedzieć, jest to: „jaki wpływ na zachowanie swojego dziecka jeszcze mam?”. Jeżeli problem uzależnienia się rozwija, ale potrafimy nadal wymóc pewne zachowania na dziecku, to dobry czas na wprowadzenie pewnych ograniczeń związanych z telefonem. Niezbędne jest jednak stworzenie nowej strefy komfortu. Usunięcie telefonu czy odcięcie internetu to wyłącznie odłączenie wentylu bezpieczeństwa, podczas gdy ciśnienie cały czas się podnosi.

Na ratunek przychodzą tu najróżniejsze pasje. Musimy zorganizować młodemu człowiekowi zajęcia, którymi może zajmować się w czasie abstynencji. Domy kultury i ośrodki sportu pękają w szwach od propozycji dla najmłodszych. Jeżeli sami jako rodzice mamy hobby, to już w ogóle jest z górki. Warto wtedy na te kilka godzin zaangażować się z dzieckiem w najróżniejsze zajęcia. Jest to dobry moment na stworzenie okazji do rozmowy. Zacznijmy spędzać czas razem na spacerach, oglądaniu filmów czy grze w planszówki. Cały trik polega na tym, żeby cała rodzina była wtedy razem, poznawała się i współpracowała.

Niestety w takiej sytuacji nie ma drogi na skróty. Wielu rodziców podczas konsultacji terapeutycznych kręci nosem, gdy dowiaduje się, że mają zorganizować czas 10-latkowi albo łazić z nim na zajęcia, gdy sami mają swoje obowiązki lub przyjemności. Tu również leżą często podwaliny problemu, o którym wspominałem na początku artykułu. Dzieci same nie pchają się na ten świat. To my je tu sprowadzamy i jako rodzice musimy stanąć na wysokości zadania. O wiele za często widzę rodziców działających w myśl zasady „zrobimy dla naszej pociechy absolutnie wszystko, poza zmianą swojego zachowania i poświęcenia mu czasu”. Niestety nasze towarzystwo i zaangażowanie często są właśnie lekarstwem na problemy. Od nas zależy, czy postanowimy je zażyć.

Nie bójmy się terapeuty

Czasami problem przerasta nasze siły. Nie bójmy się skorzystać z pomocy terapeuty. Kontakt ze specjalistą to nic złego. Nie wstydzimy się, że złapaliśmy przeziębienie, i dokładnie tak samo powinniśmy myśleć o problemach ze zdrowiem psychicznym. Często nie jesteśmy świadomi zagrożeń. Żaden terapeuta również nie wytyka nikogo palcem, że „to wina kiepskich rodziców”, choć takie myśli przelatują nam przez głowę.

Warto reagować wcześniej niż później. Sam spotykam przypadki, w których jestem w stanie wyłącznie rozłożyć ręce, stwierdzając, że „to przekracza moje kompetencje”. Czasami ostatecznością pozostaje leczenie w zamkniętym ośrodku lub regularna terapia rodzinna. Nie powinniśmy wykluczać tych ewentualności.

Konsekwencje uzależnienia

Ciągle wspomina się o krzywym kręgosłupie, zniszczonych oczach i marnowaniu czasu. Często nie zdajemy sobie sprawy ze skali tego ostatniego. Dziennie potrafimy spędzić nawet pięć godzin, przeglądając portale społecznościowe. W ciągu roku to blisko dwa tysiące godzin, które moglibyśmy poświęcić na swoje pasje, budowanie relacji z bliskimi, zdobywanie wyższych kwalifikacji, a także czystą rozrywkę i realizację marzeń. Przybliżę jedynie, że napisanie powieści obyczajowej zabiera około pięćset godzin, co oznacza, że w ciągu roku bez problemu napisalibyśmy książkę lub dwie, ograniczając nieco Instagram i Facebooka.

Rodzice powinni stworzyć przestrzeń na rozwój pasji, które zajmą miejsce czasu spędzanego przed ekranem smartfona.
fot. Małgorzata Trajdos

Problem sięga jednak o wiele głębiej. Często słyszę od zatroskanych rodziców, że „te dzieciaki będą społecznymi kalekami, gdy dorosną”. Problem w tym, że uzależniona młodzież nie musi tak po prostu dorosnąć. Wielu przyzwyczajonych do ciągłej opieki rodziców, przerażonych konsekwencjami samodzielności, decyduje się na długie przesiadywanie w domu. Studia zostają pogrzebane w przypływie stresu. Prace jedna za drugą okazują się nieadekwatne i zbyt wymagające. Coraz więcej młodych osób decyduje się na gap year, czyli rok przerwy od obowiązków w celu odnalezienia siebie. Podkreślić jednak należy, że ów rok przerwy odbywa się na koszt rodziców. Niejednokrotnie potem spotykam spanikowanych ojców i matki próbujących nakłonić swoje trzydziestoletnie dziecko do wyprowadzki, niestety na próżno.

Oczywiście społeczną konsekwencją może być hikikomori, czyli japońska choroba samotności. Osoby nią dotknięte przenoszą całe swoje życie do internetu. Zarabiają w sieci lub pozostają na utrzymaniu rodziców. Wszelkie rzeczy zamawiają do domu, a wyjścia poza mury mieszkania stają się praktycznie niemożliwe. W ekstremalnych przypadkach hikikomori zupełnie nie wychodzi z domu, a podporządkowana rodzina zostawia pod drzwiami tackę z jedzeniem, wyprane ubrania lub… kubeł na odchody.


Udostępnij artykuł:
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze

KREDA SKLEP

Newsletter #kredateam

Zapisz się na nasz newsletter i odbierz prezent: pełne wydanie Kreda „Neurodydaktyka” w wersji PDF

Wpisz poniżej swoje dane, a my wyślemy prezent na Twoją skrzynkę e-mail.

Podanie powyższych informacji jest równoznaczne z zapisem na newsletter Kredy. Możesz wypisać się w dowolnym momencie.

Jeżeli po raz pierwszy rejestrujesz się w naszym systemie, potwierdź Twój adres e-mail. W tym celu kliknij potwierdzenie w wiadomości e-mail, którą do Ciebie wyślemy. W kolejnej wiadomości otrzymasz prezent. Jeżeli wiadomość nie dotarła do Twojej skrzynki, sprawdź folder spam lub inne foldery: oferty, powiadomienia, itp.