Kategoria artykułów:

ŻEGLUJĄC RAZEM, NIE OSOBNO

Uwielbiam porywisty wiatr i lubię burze. Może to dlatego, że przywołują dobre myśli – związane z moim tatą i z czasem, który spędzaliśmy tylko we dwoje.

Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień to burze spędzane na kolanach taty, na werandzie wakacyjnego domku na wsi. Siadywaliśmy tam razem i oglądaliśmy przewijający się przed naszymi oczami spektakl błyskawic, słuchaliśmy wiatru oraz grzmotów. Tata opowiadał mi wtedy przeróżne historie, najczęściej o zwierzętach i o przyrodzie. Ten czas należał wyłącznie do nas samych, bo mama wolała zostawać w domu.

Obrazy, dobre wspomnienia z dzieciństwa zostają w nas głęboko na całe życie. Te, których bohaterami są ojcowie, często wiążą się ze wspólnym czasem we dwoje, z działaniem czy z wyzwaniami, jakie przed nami stawiają. Chwile te, dla dzieci tym cenniejsze, im mniej czasu na co dzień z tatą spędzają, zapadają w pamięć na długo. Czasem na całe życie.

Co ciekawe, gdy przyjrzymy się postaciom ojców w literaturze dziecięcej, nie znajdziemy w niej jednej recepty na „dobrego” ojca. W przypadku mam jest odwrotnie, pewien archetyp dominuje w sztuce. Tymczasem książki dla dzieci ukazują wielu cudownie wypełniających swą rolę, a jednocześnie bardzo różniących się od siebie, mężczyzn. Bliższe to życiu, bo dzieci nie potrzebują superbohatera, ale człowieka kochającego je bezwarunkowo, autentycznego i któremu mogą ufać. Dobry tata wierzy w swoje dzieci i przygotowuje do wyzwań, które postawi przed nimi świat. Nie chroni ich przesadnie (co pewnie czasem zrobiłaby mama), a wspiera, kiedy jest potrzebny. Nie oznacza to jednak, że sam nigdy nie przeżywa trudności – pytanie raczej, jak sobie z nimi radzi. A to jest również kolejną i może jedną z najistotniejszych lekcji, jakie może dać swoim dzieciom.

Dzieci nie potrzebują superbohatera, ale człowieka kochającego je bezwarunkowo, autentycznego i któremu mogą ufać. Dobry tata wierzy w swoje dzieci i przygotowuje do wyzwań, które postawi przed nimi świat.

O tacie bliskim i kochającym marzył Bosse/Mio z polecanej już na łamach „Kredy” książki Astrid Lindgren Mio, mój Mio . Tytułowy bohater jest bardzo samotny, adoptowało go nieczułe i trudne pod względem relacji małżeństwo – nie dostaje nawet odrobiny ciepła. Jednakże pewnego dnia zostaje w cudownie baśniowy sposób przeniesiony do krainy, w której – jak się okazuje – czekał na niego przez te wszystkie lata jego prawdziwy tata - król. Chłopiec zjawia się w Krainie Marzeń i Czarów, a tam jako książę Mio ma do wykonania ważne, ale trudne i niebezpieczne zadanie – zabicie strasznego rycerza Kato i uwolnienie kraju od strachu. Jego tata, władca, choć dopiero odzyskał syna i czuje wielki smutek na myśl o rozstaniu oraz obawę o życie syna, wypuszcza go, by tę misję wypełnił. Ma świadomość, że przez ten czas – tak dla niego krótki! – który spędzili razem, Mio dorósł i dojrzał na tyle, by wyruszyć i stawić czoła złu. Pełen tajonego usilnie smutku i niepokoju wypuszcza syna spod swych skrzydeł. Wyprawa ta nie jest „Misją Wielkiego Rycerza”, to raczej droga ku samodzielności i odwadze pomimo doświadczanego lęku. Młodzieńca wiele razy ogarnia paraliżujący strach, jednak nawiedzająca go w takich chwilach myśl o tacie, jego miłości i zaufaniu, za każdym razem budzi w chłopcu odwagę, by podążać dalej i wykonać to, co jest dobre i jest jego celem.

Tylko tak sobie wyobraziłem, ale wydawało mi się w każdym razie, że słyszę jego głos:
– Mio, mój Mio!
Nic więcej. Ale zrozumiałem, że on chce, żebym był odważny, nie leżał i nie płakał (…).

Chcesz przeczytać do końca?

Ten i setki innych artykułów są dostępne w subskrypcji.
Zdobądź dostęp do wszystkich treści, stań się częścią społeczności.
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze

KREDA SKLEP