Legenda głosi, że kiedyś ktoś gdzieś naprawdę wygłosił płomienną mowę w windzie. Dosłownie: między jej jednym a drugim – nieodległym przecież! – przystankiem. I że zdobył tym życzliwość milionera objawioną w postaci finansowania raczkującego pomysłu biznesowego. Tak powstał pomysł wygłaszania elevator pitch, czyli dosłownie „windowego przemówienia”.

@velishchuk
Miejska legenda? Być może. Jednak w każdej legendzie jest ziarnko prawdy. Wyłuskajmy zatem prawdę z opowieści o elevator pitch. Jeśli już trzeba „odpowiednie dać rzeczy słowo”, to lepiej, by było ono zwięzłe i na temat. Niezależnie od tego, czyś rodzic, uczeń, nauczyciel, szef czy biedny jak mysz kościelna początkujący przedsiębiorca zamknięty w windzie z bogatym aniołem biznesu – twój rozmówca nie ma dla ciebie całej wieczności i… interesuje się raczej sobą, a nie tobą. Zatem mówić trzeba składnie i precyzyjnie. Bez narcystycznego przekonania rodem z gabinetów terapeutycznych, że twój rozmówca w ciszy, skupieniu i admiracji złowi każde twoje słowo.
Tu zasadza się pierwsza i największa trudność z elevator pitch: żeby mówić krótko i treściwie, należy najpierw ukręcić nieco łepek własnej pysze, przyjmując do wiadomości, że świat wcale a wcale nie kręci się wokół mnie, nadawcy.














_Zwiedzamy_zamek_w_Trokach_na_Litwie-640x470.jpg)

-640x470.jpg)

-640x470.jpg)