Kategoria artykułów:

Czego na zdjęciach nie widać

O tym, że „artyści nie spędzają życia na delikatnych chmurkach”, o tremie, wyzwaniach i życiu codziennym – rozmowa z aktorką Małgorzatą Buczkowską-Szlenkier.

Małgorzata Buczkowska-Szlenkier fot. Rafał Masłow

Przygodę z teatrem zaczęłaś jeszcze w podstawówce na zajęciach z dramy, które prowadzili Juliusz i Halina Machulscy, ale o aktorstwie na początku w ogóle nie myślałaś. Dlaczego?

Z natury jestem po prostu nieśmiała. Myślałam, że będę tancerką. Przez kilka lat tańczyłam w formacji teatralnej tańca współczesnego, gdzie wyrażałam się ruchowo i to mi bardzo odpowiadało. W trakcie klasy maturalnej pojechałam do USA – do Memphis, miasta bluesa w stanie Tennessee. Tam jedna z moich koleżanek namówiła mnie na zajęcia z nauczycielami z Actors Studio Lee Strasberga. Dopiero wtedy tak naprawdę zaczęło mnie to fascynować. Miałam 18 lat i ktoś pokazał aktorstwo, jakiego nie widziałam – zobaczyłam, ile w tym wszystkim może być frajdy.

A jednak, mimo że dostałaś się w Stanach na studia, a znajomi obiecali zebrać pieniądze na pobyt, wróciłaś do Polski i złożyłaś papiery na lingwistykę. Aktorstwo było tylko wakacyjną przygodą?

Nie do końca. W Polsce zapisałam się do Lart StudiO i po roku zdałam egzamin do wymarzonej Krakowskiej Szkoły Teatralnej.

Pierwsze słowo, którego użyłaś w kontekście aktorstwa, to „nieśmiałość”. Opowiedz o niej – jak się z nią żyje?

Zdarzało mi się myśleć, że „gdybym nie była taka nieśmiała, mogłabym zrobić więcej”. Lubiłam śpiewać, tańczyć i to wszystko mi w duszy grało, ale nie miałam odwagi, żeby przełożyć to na rzeczywistość.

No dobrze, dziś jesteś doświadczoną aktorką teatralną i filmową. Czy nieśmiałość wciąż daje o sobie znać? Czy ona jest tym samym, co trema?

Może tak być, że osoba nieśmiała odczuwa tremę w sposób bardziej dotkliwy. Ja nieśmiałość traktuję raczej jako słabość, ale mam takie doświadczenie, że w im większym trudzie coś powstaje, tym jest to ciekawsze i czasem nawet lepsze.

I może bardziej autentyczne?

Być może to nieśmiałość pomaga zachować autentyczność, bo sama trema jest czymś nieodłącznym. Nie znam aktora, który by jej nie miał. Mało tego – większość aktorów przyznaje, że są nieśmiali. Może fakt, że poszliśmy w kierunku aktorstwa, bierze się z podświadomego pragnienia zawalczenia o siebie.

Odczuwałaś – jak to mówią niektórzy – coś w rodzaju żałoby zawodowej? Nagle znika ścieżka kariery, szanse, plany, pokładane nadzieje…Z tego, co wiem, zajęć z opanowywania tremy nie miałaś.

Już samo podchodzenie do egzaminów w szkole teatralnej wiąże się z koniecznością podjęcia walki z tremą. Każdy sobie jakoś próbuje z nią radzić. Może to jest dobre? Każdy z nas jest inny i albo odnajdzie jakiś sposób na swoje lęki, albo one go po prostu zjedzą od środka. Wiele osób dochodzi do wniosku, że aktorstwo to nie jest ich bajka właśnie przez to, że nie dają sobie rady z tremą. Lepiej, że postanawiają to rzucić na początku tej drogi, niż mieliby stracić całe swoje życie dla kilku chwil na deskach teatru. Wracając do twojego pytania… są bardzo konkretne ćwiczenia oddechowe, uspokajające, można sobie rozmasowywać mięśnie. Dobrze jest w ogóle zacząć szukać sposobów na opanowanie tremy i nazwać rzecz po imieniu, a nie udawać, że nie ma problemu. Nie ma też co się dołować mówieniem, że inni to są przebojowi i wszystko im dobrze idzie, a my mamy tremę. Tremę mają najwięksi artyści. Trzeba jej stawić czoła i robić swoje.

A jakie mogą być objawy tremy i jak sobie z nimi radzisz?

W sytuacji stresowej związanej z koniecznością mówienia lub śpiewania na pewno warto mieć ze sobą po prostu butelkę wody, która najlepiej nawilża gardło. Trzeba być dobrze nawodnionym i odpowiednio najedzonym – to podstawa. Prawdą jest jednak to, że na stres każdy reaguje inaczej. Niektórym mocniej bije serce i to tyle, innemu zasycha w ustach, jeszcze komuś robi się słabo i kręci mu się w głowie. Czasami drętwieją ręce, kogoś ogarnia poczucie słabości w całym ciele. Ja sobie wyrobiłam nawyk zmęczenia organizmu poprzez ciężki trening fizyczny, podczas którego wytwarzają się endorfiny. W ten sposób się uspokajam. Stres jest wtedy „trawiony” przez wysiłek. Większość z nas robi sobie również rozgrzewki aparatu wymowy, które pomagają nabrać pewności siebie, a przy tym uspokoić oddech. Czasami nawzajem rozmasowujemy sobie ramiona, żeby nie być spiętym. Dla mnie bardzo ważna jest też modlitwa. Bez niej nie wychodzę na scenę.

Do modlitwy zaraz wrócimy, ale chciałbym jeszcze podpytać o objawy stresu. Słyszałem, że niektóre z nich mogą być nawet zabawne – zdarzyło ci się dostać głupawki?

I to nie raz! Wszystko zależy, z kim się gra. W TR Warszawa grałam kiedyś bardzo trudną rolę w spektaklu o kontrolowanych samobójstwach, a dokładniej o procederze zabijania ludzi na ich własną prośbę. To była opera buffa przeplatana ariami z Zemsty nietoperza . Do tego oprócz grania słowami i ciałem sami tworzyliśmy muzykę, choć żadne z nas nie było profesjonalnym muzykiem. Musieliśmy się tego nauczyć i grać wszystko na żywo. To było potwornie stresujące, ale uwielbialiśmy grać to przedstawienie, ponieważ czuliśmy, że mówimy o czymś bardzo ważnym, poruszaliśmy temat, wokół którego trwała swoista zmowa milczenia. Wyjątkowa była również sama forma artystyczna oraz cudowna konstelacja osobowości. Bez głupawki nie udało nam się wejść na scenę chyba ani razu. To była nasza forma odreagowania stresu. Po tym, jak już się powygłupialiśmy, zrobiliśmy rozgrzewkę dykcyjną i wszystko, co trzeba, mogliśmy zacząć grać. Ale czasem coś takiego wydarzy się na scenie, że nikt nie wytrzymuje i wtedy nie tyle trzeba tę głupawkę ukryć, ile po prostu ograć, żeby widzowie byli przekonani, że tak miało być. Najczęściej jednak te nasze głupawki bardzo pasowały do kontekstu, więc wspominam je z uśmiechem.

Chcesz przeczytać do końca?

Ten i setki innych artykułów są dostępne w subskrypcji.
Zdobądź dostęp do wszystkich treści, stań się częścią społeczności.
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze