Kategoria artykułów:

Edukacja domowa w rodzinach adopcyjnych

Nieraz słychać opinie, że edukacja domowa to trochę taki wymysł rodziców, którzy za wszelką cenę starają się uchronić dziecko przed konfliktowymi zdarzeniami i pragną roztoczyć nad nim opiekuńczy parasol. Znamy te argumenty i chyba nie potrzeba się z nimi rozprawiać na łamach „Kredy”. A czy wiecie, że rodzice adopcyjni dość często decydują się na ten sposób edukacji?

Po wielu miesiącach oczekiwania na wiadomość z ośrodka adopcyjnego telefon w końcu dzwoni! Dowiadujecie się, że znaleziono dla was dziecko. Umawiacie się na wizytę w ośrodku, by na spokojnie o tym porozmawiać i przejrzeć dokumentację dziecka. W papierach znajdujecie tyle informacji, ile ośrodkowi udało się zebrać. Stajecie przed decyzją, czy chcecie spotkać dziecko, czy chcecie wziąć je w ramiona i zacząć budować z nim relację. Już w czasie szkoleń adopcyjnych, a tym bardziej teraz, pracownicy ośrodka podkreślają, by na spotkanie z dzieckiem pójść tylko wówczas, gdy jest w was silne przekonanie, że jest to WASZE dziecko. W przeciwnym razie, jeśli po spotkaniu stwierdzicie, że czekacie na inną „propozycję”, fundujecie dziecku kolejne poczucie straty. Nawet jeśli jest to bardzo małe dziecko.

Po jakimś czasie nareszcie możecie wziąć dziecko do siebie. W waszych umysłach pojawiają się przepiękne wizje kolejnych miesięcy, lat. Oczami wyobraźni widzicie, jak wasze dziecko rośnie, pięknie rozwija się, idzie do przedszkola, potem szkoły... Dzieje się to mimowolnie, choć przecież słyszeliście, by nie nastawiać się na konkretne scenariusze, by nie myśleć o tym, jak będzie. W przypadku adopcji nie znacie do końca historii dziecka. Nie wiecie zatem, w jakim stopniu jego trudny start w życie odbije się na rozwoju, na emocjach, sposobie radzenia sobie z różnymi rzeczami. Z czym (i w jakim stopniu) przyjdzie się jemu i wam mierzyć? Czy te wyzwania będą czymś stałym, czy zależnym jeszcze od innych czynników? Ktoś może powie, że nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak się życie potoczy, jaki charakter będą miały codzienne problemy. Racja. Jednak w przypadku adopcji dochodzi niewiedza o pewnych zdarzeniach z życia dziecka (również prenatalnego), która może spowodować, że nie zauważycie w porę niepokojących sygnałów lub je źle odczytacie, przez co wasza reakcja będzie opóźniona lub po prostu błędna.

***

Kasia i Wojtek zdecydowali się na edukację domową syna jeszcze na poziomie przedszkola. Dlaczego? Z początku myśleli, że jego lęki, wrażliwość na przeróżne bodźce, w końcu jego nieadekwatne reakcje na nowe lub stresujące sytuacje będą się z czasem „normowały” (swoją drogą, któż powiedział, że słuszna jest teoria jakieś uniwersalnej normy?). Myśleli, że metodą małych kroków uda się pokonać kolejno pojawiające się trudności. Założenie, wydawać by się mogło, słuszne. Jednak gdy pojawiło się przedszkole, nie do końca się sprawdziło. W sytuacjach codziennych, w domu było mnóstwo czynników, które powodowały w chłopcu nieopisany lęk, roztrojenie, płacz połączony z krzykiem, w końcu blokady – także na przyjęcie pomocy i ukojenia od rodziców. Przedszkole – z różnorodnością nowych bodźców, zapachów, ludzi i relacji między nimi – spowodowało, że wszystkie istniejące stresowe reakcje się nasiliły. Zaczęły się też koszmary nocne. Kasia i Wojtek, podobnie jak każdy, kto ma dzieci w przedszkolu lub innej placówce oświatowej, nie wiedzieli, nie mogli wiedzieć o wszystkim, co się działo w przedszkolu. Przyszło im się mierzyć z dodatkowymi niewiadomymi, które negatywnie wpływały na ich synka, a z którymi trudno było walczyć. W końcu, także za namową specjalisty, podjęli decyzję o przejściu na edukację domową. W tym roku ich syn kończy 10 lat i wciąż jest w ED. Nie wyobrażają sobie innej opcji.

Chcesz przeczytać do końca?

Ten i setki innych artykułów są dostępne w subskrypcji.
Zdobądź dostęp do wszystkich treści, stań się częścią społeczności.
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze

KREDA SKLEP