Ponieważ o samym lesie i jego bezcennych zaletach już kiedyś opowiadałam, to dzisiaj będzie o podróżach – o przekraczaniu kolejnych „końców świata”. Wszyscy je mamy w głowie: granice tego, co znamy, znaną i oswojoną przestrzeń. Dalej – za górką, za rzeką albo za morzem – jest Nieznane, wielki świat. Pamiętam, jak będąc małą dziewczynką, zaczynałam śpiewać „Hej, wycieczka, hej, daleka”, kiedy tata wybierał na skrzyżowaniu inną drogę niż zwykle i kierował się na trasę, którą można było dojechać nawet w Tatry. Najczęściej docieraliśmy znacznie bliżej, ale w mojej głowie tamta niepozorna dróżka, prosto zamiast w prawo, oznaczała Wielką Wyprawę. Już nie mówiąc o szosie na Cieszyn, z długim zjazdem i podjazdem, gdzie zawsze człowieka ogarniał dreszcz emocji – również dlatego, że stary trabant, którym podróżowaliśmy, nie zawsze podjeżdżał pod górę.
Albo nazwy. Istnieją na świecie nazwy magiczne, takie, które uruchamiają ciąg rozkosznych, zabawnych albo groźnych skojarzeń. Nazwy, pod którymi po prostu muszą kryć się wyjątkowe miejsca. Dla małej mnie takim tajemniczym, egzotycznym miejscem była wspominana czasem przez Babcię wieś Zamarski. „Na Zamarskim” – równie dobrze mogła powiedzieć „na Alasce”. Pojechałam tam dopiero jako dorosła, raptem kilkanaście kilometrów od domu, nieduża podcieszyńska miejscowość. Dla mnie posiada niezmierzony urok, podobnie jak sąsiedni Hażlach, którego nazwa z kolei zawsze budziła mój rubaszny rechot (przez skojarzenie ze śląskim słówkiem haziel , oznaczającym wychodek. Podobna zasada jak z Honolulu, choć tam akurat jeszcze nie dotarłam).

















