Kiedy urodził się nasz najstarszy syn, dziś czternastoletni Sergiusz, musiałam uruchomić w sobie wszystkie pokłady cierpliwości i kreatywności. Przed jego urodzeniem nie wiedziałam zupełnie, czego się spodziewać. Oczywiście wiedziałam, że będę karmić piersią, zmieniać pieluszki, kąpać i kołysać naszego dzidziusia. Nie spodziewałam się tylko tego, że w większości sytuacji dzidziuś będzie miał inne zdanie na temat proponowanych mu aktywności. Piersi nie chciał, podczas kąpieli krzyczał, na spacerach wrzeszczał, smoczek wypluwał. Wyjątkiem było kołysanie. I ssanie. Bo po początkowych problemach z karmieniem Sergiusz bardzo polubił ssanie. Całe szczęście, choć dla mnie oznaczało to koniec życia na moich warunkach.
W ogóle życie z dzidziusiem było końcem życia na naszych warunkach. Sergiusz rósł jak na drożdżach i świetnie się rozwijał, ale spał tylko przy piersi albo kołysany w ramionach, natomiast gdy nie spał – nieustannie domagał się mojej uwagi. I wtedy zaczęłam śpiewać. Na początku szło mi niezbyt dobrze. Od czasu śpiewania w chórach minął już co najmniej rok, a nie powiem, żebym była typem, który śpiewa przy goleniu...
W każdym razie zaczęłam śpiewać przy kąpieli. Kiedy szłam pod prysznic, brałam ze sobą do łazienki leżaczek-bujaczek z Sergiuszem. Woda leciała z prysznica, a z moich ust leciał „Malowany wózek, para siwych koni, pojadę daleko, nikt mnie nie dogoni!”.
Śpiewanie stało się koniecznością i codziennością. Uspokajało Sergiusza. Wkrótce znałam na pamięć mnóstwo dziecięcych piosenek i kołysanek. Gdy brakło mi pomysłu na kołysanki, improwizowałam. Rozśpiewałam się na dobre. Z czasem i Sergiusz się rozśpiewał. Trzeba przyznać, że rozgadał się też całkiem, całkiem. Buzia mu się nie zamykała. Kiedy nie monologował, śpiewał zasłyszane melodie i wymyślał swoje.
Minęły prawie trzy lata. Urodził się Cyryl. Cyryl nie domagał się śpiewania ani noszenia, a w każdym razie nie tyle, ile Sergiusz. Cyryl lubił obserwować starszego brata. Obserwować i słuchać!
Natomiast jeśli o mnie chodzi, zaczęłam odczuwać coś w rodzaju swędzenia mózgu, jak mawia prawie dorosły już teraz Sergiusz. Coś mi mówiło, że potrzebuję odmiany. Nowych wyzwań. Czyżby ruszyła uruchomiona przez narodziny dzieci machina kreatywności? Zapragnęłam spróbować swoich sił w zawodzie, do którego przygotowywałam się na studiach, a który porzuciłam na rzecz pracy w korporacjach.

Zaczęłam prowadzić zajęcia z muzykoterapii w prywatnym kameralnym żłobku. To było wyzwanie! Grupa dzieci niejednorodnych wiekowo, płaczących, krzyczących, rozbrykanych. Szukając materiałów i inspiracji, trafiłam na informację o kursie na temat umuzykalniania niemowląt i małych dzieci. Był to kurs oparty na Teorii Uczenia się Muzyki amerykańskiego profesora Edwina Eliasa Gordona (MLT – Music Learning Theory).










.jpg)








