Kategoria artykułów:

Najważniejsza jest wola przetrwania

Wywiad z Marcinem Surowcem, twórcą Szkoły Przetrwania Bushcraftowy.

Zacznijmy od podstaw: co to znaczy bushcraftowy?

Bushcraftowy pochodzi od słowa bushcraft , które 15 lat temu zrobiło karierę za sprawą Morsa Kochańskiego, Kanadyjczyka polskiego pochodzenia, i Raya Mearsa, Brytyjczyka. Bushcraft to zbiór technik i umiejętności pozwalających nie tyle przetrwać w terenie, co działać w nim w sposób samowystarczalny – dzięki wykorzystywaniu zasobów naturalnych – przez długi czas. Tym też różni się od survivalu, który zbiera umiejętności i techniki niezbędne do przetrwania jakiejkolwiek sytuacji zagrożenia. I choć klasyczny survival kojarzymy z dziką przyrodą, istnieje też pojęcie urban survival , gdzie bierze się pod uwagę umiejętność walki wręcz i sztukę psychologicznego rozwiązywania czy unikania konfliktów w terenie miejskim.

Marcin Surowiec jest pasjonatem bushcraftu, survivalu i aktywnego spędzania czasu na łonie natury. Stworzył markę Bushcraftowy.pl, pod którą kryje się nie tylko Szkoła Przetrwania Bushcraftowy.pl, lecz także blog i kanał na YouTube oraz sklep ze sprzętem turystycznym.

Czy warto mieć jakiś awaryjny plan minimum na wypadek katastrofy?

Daleki jestem od tego, by podchodzić do tematu w paranoiczny sposób. Plan awaryjny to są takie rzeczy jak to, żeby dziecko znało numer telefonu do mamy i taty, swój adres zamieszkania. Albo – jeśli mieszkamy na wsi, gdzie odległości między domostwami są większe – warto sobie ustalić, że gdyby coś się stało, gdyby – załóżmy – nie dało się dojechać do domu, to spotykamy się w tym konkretnym miejscu. Plan awaryjny to nie musi być wielki, rozbudowany podręcznik rodzinny na czas zagłady, tylko po prostu umówienie się ze sobą na kilka prostych zasad.

Takich jak ta, że gdy dziecko zgubi się w sklepie, to ma iść do kasjerki i powiedzieć, że się zgubiło?

Albo nie ruszać się z miejsca, zostać tam, gdzie się zorientowało, że się zgubiło. Chodzi o to, żeby dziecko miało zakodowany prosty schemat działania w danej sytuacji. To nie musi dotyczyć tylko naszego życia codziennego. Wychodząc na wycieczkę w góry czy jadąc na spacer do lasu, też musimy dziecku powiedzieć: słuchaj, jak nam gdzieś odbiegniesz, stracisz nas z oczu, to robisz to i to. Zostajesz w miejscu, nie schodzisz ze ścieżki, ze szlaku, zatrzymujesz się, czekasz na pomoc.

To są ważne rzeczy, o które warto zadbać, bo nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać. Ale gdyby wydarzyła się jakaś globalna katastrofa energetyczna, to cofamy się do epoki kamienia, prawda?

Korzystając z dóbr cywilizacji, zapominamy wielu umiejętności, ale moim zdaniem to niekoniecznie jest złe – taka po prostu jest kolej rzeczy. Dzisiaj nie potrafimy już uprawiać roli i hodować zwierząt, jeśli mieszkamy w mieście, bo ta umiejętność po prostu zatraciła swój sens. Nawet w czasie pandemii nie doszło do sytuacji, w której zaczęłoby nam brakować jedzenia, zapasów… Jasne, są komplikacje związane z transportem międzynarodowym, z przestojami w fabrykach, pewne branże ucierpiały, inne radzą sobie lepiej, ale jest to spowodowane nie tyle samą pandemią, co decyzjami politycznymi. Natomiast świat nie przestał istnieć w tym sensie, że prąd przestał płynąć w gniazdkach, a woda w kranach. Co nie znaczy, że świat nas nie zaskoczy i taka sytuacja się nie wydarzy. Ale wiele rzeczy dzieje się dziś automatycznie i naprawdę niewiele od nas zależy, kiedy mieszkamy, na przykład, w dużym mieście.

No właśnie. Czy w sytuacji krytycznej nie lepiej mieszkać na wsi? Mieć swój kawałek ogródka, krowę, kury…? Czy można sobie wtedy zapewnić samowystarczalność?

Dzisiaj już w to wątpię. Jedzenie to tylko jeden aspekt samowystarczalności. Potrzebujemy też wody, ciepła, ale i dostępu do służby zdrowia, do specjalistycznej opieki. Czy wobec tego wyprowadzając się na wieś, poprawiamy sobie sytuację, czy pogarszamy? Nie jestem przekonany co do tego, że – przynajmniej w Polsce – jesteśmy w stanie sobie zapewnić samowystarczalność. A nawet jeśli nam się to uda, to czy w sytuacji jakiegoś potężnego kryzysu, który prawie zawsze wiąże się z niepokojami społecznymi i powstawaniem zagrożeń ze strony drugiego człowieka, taka samowystarczalność da nam bezpieczeństwo? Staniemy się przecież celem ataku.

Prawda jest taka, że nie ze wszystkim jesteśmy sobie w stanie poradzić na sto procent, bo nie wszystko od nas w życiu zależy. Tak w ogóle.

Zgadza się. Mieliśmy kiedyś w bloku pożar. Mieszkamy na trzecim piętrze. To było w czasie, kiedy córka miała dwa, trzy lata, nie pamiętam dokładnie. Była na tyle malutka, że w trudnej sytuacji nie byłaby w stanie sama wyjść na zewnątrz. Paliło się pod nami. Padał śnieg i była pierwsza w nocy. Kiedy się zorientowaliśmy, że jest pożar, uchylenie drzwi na klatkę schodową skutkowało natychmiastowym zadymieniem mieszkania, więc nawet przy najlepszym przygotowaniu jedyne, co mogliśmy zrobić, to wyjść na balkon i czekać, aż ktoś nas zabierze albo ugasi pożar. Na szczęście mieszkamy w mieście i mamy dosłownie trzy minuty od bloku komendę straży pożarnej, więc wszystko skończyło się dobrze.

Skąd twoje zainteresowanie tematyką survivalu?

To bardzo proste. Zaczęło się od harcerstwa, w którym spędziłem kilka ładnych lat. Trafiłem tam na kadrę zakręconą na punkcie survivalu. Zabierali nas na biwaki minimalistyczne: braliśmy butelkę wody, jeden koc i szliśmy do lasu, gdzie budowaliśmy szałasy.

Survivalową przygodę najlepiej zacząć od... spacerów do najbliższego lasu.
fot. Maciej Żmijewski

Teraz realizuję survivalową pasję w turystycznej działalności terenowej. Podstawowy cel to uczyć się przetrwania w terenie. To tak jak z samochodem. Jeśli ktoś lubi nim podróżować, to jego celem jest dotarcie do jakiegoś miejsca. Ale dobrze, jeśli wie, jak zmienić koło czy jak odpalić akumulator na kablach. Dokładnie to samo podejście stosujemy w turystyce. Prowadzę kursy i tego właśnie staram się uczyć: że jeśli chcemy się cieszyć z natury i wędrówek – czy to po górach, czy w jakichś dziewiczych terenach – to przygotujmy się do tego na tyle, byśmy znali podstawowe techniki i umiejętności pozwalające nam wyjść z opresji, kiedy coś pójdzie niezgodnie z planem. Przy czym prawdopodobieństwo, że coś pójdzie niezgodnie z planem, możemy zminimalizować prawie do zera, jeśli się dobrze przygotujemy.

No właśnie: czy rzeczywiście musimy się specjalnie przygotowywać na wycieczkę do lasu czy w góry?

Tak. Na swoim kanale na YouTube mam serię pt.: „Szkoła biwakowania”. Poruszam tam tematy związane z wędrowaniem, turystyką, przydatne dla kogoś, kto zaczyna od zera. Pokazuję choćby rzeczy związane z nawigacją, z czytaniem mapy, bo spotykałem sytuacje – na przykład w górach – które nie powinny się zdarzyć. Gdzieś na skrzyżowaniu szlaków w prostym terenie, w górach, podchodzą do mnie ludzie i pytają, jak dojść do głównego szczytu w tym paśmie górskim. Co oznacza, że nie mają mapy i nie przygotowali się do wycieczki. Po prostu pojechali sobie do – dajmy na to – Wisły i zobaczyli na rynku, że o, tu jest szlak Barania Góra, to idziemy. Nie sprawdzając, jak długa to trasa! A to jest podstawa. Przecież dzisiaj mamy tak proste narzędzia! Możemy łatwo sprawdzić, jak daleko się gdzieś idzie i czego się spodziewać. Z taką wiedzą możemy przygotować sobie wodę i coś do zjedzenia. Tragikomiczną sytuację mamy co roku pod Morskim Okiem. Turyści jadą bryczkami do Morskiego Oka. Ostatni kurs powrotny jest o 17.00 i oni to przegapiają, wtedy okazuje się, że muszą wrócić na parking pieszo. Nikt nie ma latarki, nikt nie wie, ile to będzie trwało. I jest wielkie oburzenie, wzywanie policji, TOPR-u… A tu chodzi o ABC przygotowania do wyjścia w teren.

My tu rozmawiamy o survivalu, a to są przecież podstawy.

Często brak takich podstaw sprawia, że trzeba wzywać pogotowie górskie. Bo jak się przeanalizuje kroniki GOPR-u i TOPR-u, to widać, że w wielu wypadkach chodzi o zagubienie na szlaku. A przecież jeśli ktoś miał telefon, żeby zadzwonić po GOPR, to znaczy, że był w posiadaniu narzędzia, w które mógł mieć wgraną aplikację turystyczną z mapą.

Czy dobrze zrozumiałam, że survival jest bardziej nastawiony na przetrwanie, na przykład w lesie, a bushcraft – na obcowanie z naturą?

Zdecydowanie tak. Jakbyśmy przetłumaczyli dosłownie słowo bushcraft, to by nam wyszło coś w rodzaju „leśne rzemiosło”. Natomiast sama sztuka przetrwania – survival – nie jest ograniczona do lasu. Bo jeśli znajdę się w windzie w płonącym budynku, to też muszę przetrwać i też będę korzystał z umiejętności survivalowych. Jeśli będę jechał samochodem w góry, w zamieci śnieżnej, i samochód się zakopie albo zabraknie paliwa, a ja wyjechałem – no bo jadę przecież samochodem – w T-shircie i wziąłem ze sobą tylko jakąś cienką kurtkę, chociaż jest minus 15, to też muszę uciekać się do technik survivalowych, żeby sobie poradzić. A  bushcraft jest związany wyłącznie z długoterminowym działaniem w naturze. Chodzi w nim między innymi o to, jak stworzyć narzędzia kuchenne z naturalnych materiałów, jak stosować różne rośliny jadalne. Chodzi nie tylko o rzeczy, które mają nam pomóc w przetrwaniu – chociaż wiele z tych umiejętności będzie miało zastosowanie do przetrwania: np. techniki rozpalania ognia metodami prymitywnymi – ale też o umiejętności służące do tego, żeby sobie wygodnie urządzić mieszkanie w lesie. Survival czerpie z umiejętności i technik bushcraftowych, tak samo jak czerpie z chemii, fizyki, medycyny. Na pewno nie utożsamiałbym survivalu z rekreacją i turystyką, bo gdybyśmy spytali kogoś, kto miał sytuację survivalową, o jego wrażenia, to nie sądzę, że znalazłyby się tam takie epitety jak rekreacja. Raczej było to coś, o czym chce się jak najszybciej zapomnieć. Tylko co zrobić, kiedy telewizja emituje programy „survivalowe”, których celem jest dostarczenie rozrywki i które nie mają nic wspólnego z merytorycznym podejściem do tematu, bo liczy się show?

Czyli survival to coś, czego wolelibyśmy uniknąć, ale lepiej być na niego przygotowanym. A od czego radziłbyś zacząć naukę survivalu?

Najlepiej od przeczytania kilku książek na ten temat. Trudno mi wskazać coś konkretnego, bo jest tego sporo, ale jeśli ktoś chciałby rozpocząć przygodę z biwakowaniem, polecam moją serię filmów „Szkoła biwakowania”. I zalecam metodę małych kroków. To znaczy, że jeśli interesuje nas przede wszystkim rozwijanie umiejętności przetrwania w terenie, zaczynamy od… wychodzenia do lasu i spędzania w nim coraz więcej czasu. Raz na jakiś czas dobrze jest też wybrać się na spacer nocny, żeby posłuchać, jak las brzmi w nocy. Warto zrobić takie ćwiczenie: wybrać się w teren możliwie dziki jak na nasze warunki i zrobić sobie jakieś 10-15 minut ciszy. Zatrzymać się w miejscu i spróbować usłyszeć, co się dzieje. W nocy to będzie bardzo ciekawe doznanie.

Rozumiem, że przygodę z bushcraftem zaczynamy tak samo jak z survivalem? Od spacerów po lesie?

Tak, oczywiście, nie ma co stawiać sobie poprzeczki wysoko. Zaczynajmy od spokojnych spacerów, bo to nam pokaże, czego potrzebujemy. Jestem daleki od tego, żeby najpierw uzbroić się po zęby w sprzęt, a dopiero potem ruszać do lasu. Bierzmy to, co mamy w domu: termos, butelkę na wodę, coś do przekąszenia i ruszajmy w teren. Teren sam pokaże, czego nam brakuje. Jak nas przemoczy deszcz, to następnym razem będziemy pamiętali o kurtce przeciwdeszczowej. Jak nas zastanie noc i będziemy wracać w świetle latarki ze smartfonu, to następnym razem będziemy pamiętać o latarce. Tak długo, jak będą to spacery blisko domu, w bezpiecznym terenie, to możemy sobie na takie rzeczy pozwolić.

Kiedy czytałam twojego bloga, zaintrygował mnie nóż survivalowy. Dlaczego tak się nazywa?

Żeby to wyjaśnić, musimy wrócić do medialnej strony survivalu, do filmowego Rambo, który miał nóż z kompasem, schowkiem na żyłkę, linkę i zapałki. Musimy wspomnieć MacGyvera, który przy pomocy scyzoryka ratował świat. „Dzięki” mediom nóż stał się najważniejszym narzędziem w survivalu, choć moim zdaniem jest bardzo daleko od tego, żeby nim być. No ale skoro stał się niejako atrybutem survivalu, to tak – stanowi podstawowy element zestawu przetrwania. Przede wszystkim powinien to być nóż dobrany do terenu, w jaki się wybieramy, co oznacza, że w lasy tropikalne nie wezmę scyzoryka, tylko maczetę. Musi to być nóż solidny, z wygodną rękojeścią i nie za duży, żeby był wygodny w przenoszeniu. Niekoniecznie składany. Najlepiej od sprawdzonego producenta, żeby nam nie zrobił krzywdy ani nie rozpadł się w trakcie użytkowania.

Powiedziałeś, że nie jest to najważniejszy składnik ekwipunku.

Tak. Dlatego że – jeśli chodzi o turystykę – problemy, które napotkamy w terenie, niekoniecznie są problemami, które nóż pomoże rozwiązać. Gdy byłem w Tadżykistanie, w Kirgistanie, kiedy jechaliśmy na rowerach autostradą pamirską (to jest taka autostrada na odludziu), to wieźliśmy ze sobą wszystko, co było nam potrzebne do przetrwania, czyli cały ekwipunek i zapas jedzenia. Nie mieliśmy żadnych groźnych sytuacji i w czasie tej trzytygodniowej wyprawy noża użyłem może ze dwa razy. Raz, żeby otworzyć opakowanie z jedzeniem, a drugi, żeby przeciąć potrzebny do czegoś kawałek sznurka. Więc nóż w tym terenie nie był w ogóle wykorzystywany. Ale to jest takie nudne, niemedialne! A prawda jest taka, że survival jest nudny! To, co ci zapewni przetrwanie w terenie, to dobra kurtka, ciepłe spodnie i porządne buty, a gdy idziesz na daleką długą wyprawę – śpiwór. Bo ciepły, dobrze zabezpieczony przed wilgocią śpiwór, w którym po całodziennej wędrówce w chłodzie i deszczu możesz ogrzać się i zregenerować, to podstawowe narzędzie przetrwania. To nie nóż, ale właśnie ten dobrze dobrany ekwipunek turystyczny zapewnia ci przetrwanie. To jest pierwsza linia obrony.

Druga to pewnie jedzenie i picie?

fot. Maciej Żmijewski

Jedzenie jest na końcu. Słynna podręcznikowa zasada trójek survivalu mówi, że przetrwasz trzy minuty bez powierza, trzy godziny bez schronienia w ekstremalnych warunkach atmosferycznych, trzy dni bez picia i trzy tygodnie bez jedzenia. Chodzi o przetrwanie w stanie spoczynkowym. Zanim zabije nas głód, zabije nas wychłodzenie, odwodnienie czy odniesione rany.

Ale czasem już trzy godziny bez jedzenia to może być męka.

Tak, to prawda. Dlatego do zestawu awaryjnego warto zabrać jedzenie. Przede wszystkim dla mentalnych aspektów przetrwania. Specjaliści od survivalu podkreślają, że najważniejsza jest wola przetrwania, a nie sprzęt czy technologia. Jest wiele historii o ludziach, z których jedni przetrwali, podczas gdy drudzy – dokładnie w tych samych warunkach – ginęli. Jedni mieli wolę przetrwania, a inni się poddawali. Tylko że to nie jest tak, że Janek ma wolę przetrwania, a Zbyszek nie. Janek może mieć świetną kondycję i dużą wiedzę, dzięki czemu wierzy, że gdy znajdzie się w trudnej sytuacji, to sobie poradzi. Z kolei ktoś, kto nie ma kondycji ani umiejętności, ma obniżoną wolę przetrwania przez to, że brak mu pewności siebie.

Czy nóż jest niezbędny dla bushcraftowca?
fot. Maciej Żmijewski

Myślę, że to się sprawdza też w życiu codziennym. Kiedy mamy umiejętności survivalowe, to mamy poczucie, że i w życiu codziennym sobie lepiej poradzimy, prawda?

Zdecydowanie tak. Dzięki doświadczeniom survivalowym skala trudności w naszym życiu ulega przewartościowaniu. Jak jadę przez Tadżykistan i zatrzymuję się u ludzi żyjących w glinianej, ogrzewanej odchodami jaków chacie bez drzwi i okien, na wysokości 4000 metrów, na górskiej przełęczy, do której nawet nie prowadzi żadna normalna, przejezdna droga, i ci ludzie częstują mnie herbatą, a potem wracam, ląduję na Okęciu i przechodzę przez galerię handlową – to moje spojrzenie na życie się trochę zmienia. Jeśli przejadę ultramaraton – 1000 km na rowerze w trzy dni – to w mojej głowie skala trudności różnych rzeczy też się przestawia. To jest bardzo powiązane. Survival wpływa nie tylko na to, czy sobie poradzimy w terenie, daje nam też siłę i pewność siebie na co dzień.

0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze

KREDA SKLEP