Kategoria artykułów:

Nie ma lekko. I dobrze!

Wśród tematów „kontrowersyjnych” związanych z rodzicielstwem kwestia rodzeństwa jest niewątpliwie w ścisłej czołówce. I trudno się dziwić! Decyzja o zaproszeniu bądź nie kolejnego dziecka do rodziny to dla wielu twardy orzech do zgryzienia.

Chcielibyśmy czasem mieć gotowy idealny schemat planowania rodziny. Gdyby tak jakiś specjalista przyszedł i powiedział: pierwsze dziecko po 3 latach związku, drugie równiutko 2,5 roku później. Trzecie po 3 latach. Na końcu bliźniaki (powiedzmy... po kolejnych 4 latach). I oczywiście najpierw syn (pierworodny, wiadomo), potem córka, dalej też córka (żeby się przyjaźniły). Bliźniaki to chłopcy, żeby łatwo było im urządzić pokój. Na całe szczęście jednak tak to nie działa. Scenariuszy jest mnóstwo – tyle ile rodzin! Bo przecież w każdej mamy do czynienia z absolutnie niepowtarzalną konstelacją relacji, uwzględniającą nie tylko takie oczywistości, jak różnice wieku i płci, lecz także kolejność urodzeń, wrodzone bądź nabyte cechy, zainteresowania, doświadczenia, wreszcie i osobisty bagaż każdego z rodziców. Każdy z nas, podejmując decyzję o założeniu rodziny, ma już w głowie jakiś bardziej lub mniej wyraźnie nakreślony model tejże. I każdy świeżo upieczony rodzic prędzej czy później zada sobie pytanie: czy (i kiedy) następne?

Rodzeństwo to skarb.
fot. Małgorzata Trajdos

Bo żeby w ogóle podjąć temat rodzeństwa, potrzeba wpierw tego pierwszego dziecka i to w odniesieniu do niego podejmujemy decyzję. Na forach dla mam regularnie pojawiają się wpisy w rodzaju:

Kocham moje dziecko i nie wyobrażam sobie, że mogłabym drugie pokochać równie mocno.

Mam silną więź z moim synkiem i boję się, że będzie pokrzywdzony, gdy w naszej rodzinie pojawi się drugi maluch.

Moja córeczka jest dla mnie najcenniejsza na świecie, ale miałam trudny poród i nie wiem, czy dam radę przejść przez to doświadczenie drugi raz, a z drugiej strony wiem, że rodzeństwo to ogromna wartość i nie chcę jej tego pozbawiać.

Na szczęście hasło miłość się mnoży, gdy się ją dzieli nie jest tylko pustym sloganem, a nasze rodzicielskie serca są w stanie pomieścić wiele osób. Co innego jednak miłość, a co innego zasoby. Emocjonalne, fizyczne, zdrowotne, lokalowe, rodzinne, finansowe… Opcji może być mnóstwo i pewnie każdy znalazłby jakieś racjonalne powody, żeby nie zdecydować się na kolejne dziecko. Miłość na szczęście często jednak wymyka się racjonalnym bilansom.

To rodzicielskie uczucie bezsilności wobec dziecięcego konfliktu wynika po części z tego, że kochamy obie strony. I że boli nas ta zgrzytająca rzeczywistość.

Nieoceniony wpływ na decyzję w tej kwestii ma nasze osobiste doświadczenie. Jeśli ktoś był jedynakiem i czuł się z tego powodu nieszczęśliwy, zrobi wszystko, by jego dziecko miało rodzeństwo. Jeżeli ktoś wychował się w rodzinie wielodzietnej i doświadczył wskutek tego jakichś trudności (np. materialnych), będzie być może dążył do tego, by mieć jedno, maksymalnie dwoje dzieci – tak aby zapewnić mu/im to, czego jemu zabrakło. Są i przykłady, gdy komuś było dobrze jako jedynakowi i dlatego sam decyduje się na taki model rodziny lub odwrotnie: osoby wychowane w rodzinach wielodzietnych nie wyobrażają sobie poprzestać na jednym, góra dwójce dzieci.

Oczywiście plany planami, ale jak wiemy nie na wszystko mamy (chyba na szczęście) wpływ i często to natura ogranicza nasze wizje rodziny lub przeciwnie – hojnie nas w tej kwestii obdarza.

Gdy już podejmiemy decyzję o powiększeniu rodziny, stajemy wobec wyzwania: jak naszym dzieciom pomóc. Bo szybko okazuje się, że idealistyczne wizje o rodzeństwie boleśnie zderzają się z rzeczywistością. Swoją drogą, to ciekawe, że choć większość z nas ma rodzeństwo (przynajmniej jednego brata lub jedną siostrę) i powinniśmy w związku z tym realistycznie patrzeć na relacje między naszymi dziećmi, to jednak okazuje się, że każdy z nas nosi w sercu jakiś archetyp rodzeństwa, obraz pięknej, sielankowej wręcz relacji, w której zawsze możemy na siebie liczyć, a lojalność i wspólne przygody są na porządku dziennym. A tymczasem rzeczywistość skrzeczy. Przekonujemy się o tym boleśnie, gdy początkowa euforia z powodu narodzin maluszka opadnie i padną pierwszy raz słowa „mamo, a czy ona już może z nami nie mieszkać?” (autentyk – słowa mojego syna, gdy po dwóch tygodniach dotarło do niego, że ten maluch to chyba jednak nie jest tylko gościem i podejrzanie długo już przebywa w naszym domu), gdy pierwszy raz starszak (niby to przypadkiem, pod pretekstem przytulenia) zacznie lekko podduszać braciszka albo gdy młodszy pierwszy raz wsadzi temu starszemu palec do oka. Wszyscy to przerabialiśmy, w tej czy innej wersji.

Myślę, że we współczesnej, instagramowej rzeczywistości bardzo potrzebujemy prawdy, wyzwalającej prawdy o tym, że między dziećmi pojawiają się konflikty i są one czymś naturalnym, potrzebnym, rozwojowym. My, jako rodzice, możemy pomóc, zarządzając konfliktem, ale możemy też zaszkodzić, biorąc czyjąś stronę lub dając się wciągnąć w kłótnię. To rodzicielskie uczucie bezsilności wobec dziecięcego konfliktu wynika po części z tego, że kochamy obie strony. I że boli nas ta zgrzytająca rzeczywistość. Uzdrawiająca bywa zazwyczaj prawda. Prawda o tym, jak to było w naszych rodzinach pochodzenia. Prawda o tym, jak to jest w rodzinach naszych przyjaciół, sąsiadów, znajomych. Pomocne może być uczestnictwo w kręgach kobiet lub lokalnych rodzinnych wioskach, grupach wsparcia dla mam, tatusiów, rodziców. Bywa, że wystarczy stała ekipa na osiedlowym placu zabaw, w ramach której można się wygadać, wyżalić i usłyszeć te magiczne słowa: u nas jest tak samo! Przydatne są też internetowe grupy wsparcia i fora, które często pozwalają szybciej przełamać tabu i skonfrontować się z tą niepocztówkową wizją życia w rodzinie. Na pewno warto, żeby każdy rodzic sięgnął po kultową książkę Rodzeństwo bez rywalizacji (będącą kontynuacją słynnej Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły ). Zachęcam gorąco, by przeżyć te treści w ramach grup wsparcia (w wielu miastach organizowane są warsztaty Rodzeństwo bez rywalizacji).

A przecież wiemy dobrze, czujemy intuicyjnie, że rodzeństwo to skarb. Nie ma drugiej takiej relacji trwającej całe życie!

Taki kontakt z innymi rodzicami niesie pokrzepienie. Okazuje się, że nie tylko nasze dzieci kłócą się o liczbę ziarenek groszku na talerzu, o prezenty, o chodzenie spać. I nie tylko u naszych dzieci granica między miłością a nienawiścią (i odwrotnie!) bywa bardzo cienka. Nie tylko nam instynkt każe stawać w obronie tego bezbronnego noworodka, choć serce nam pęka na myśl o uczuciach targających starszakiem. Żal i uczucie zawodu (bo łatwo uciec w myślenie, że u innych dzieciaki pewnie żyją w zgodzie, miłości i harmonii), poczucie bezsilności wobec kłótni o wszystko i o nic. Strach o fizyczne bezpieczeństwo dzieci i te dylematy: do jakiego stopnia pozwolić im rozwiązywać swoje konflikty, a kiedy koniecznie powinniśmy wkroczyć i zainterweniować?

A przecież wiemy dobrze, czujemy intuicyjnie, że rodzeństwo to skarb. Nie ma drugiej takiej relacji trwającej całe życie! Przychodzi czas, kiedy rodzice umierają, przyjaciele przychodzą i odchodzą (zresztą poznajemy ich w różnym wieku), mąż lub żona pojawia się naszym życiu dopiero w pewnym momencie, najczęściej gdy jesteśmy młodymi dorosłymi. Dzieci rodzą nam się jeszcze później. A rodzeństwo znamy od kołyski, od pieluch, łączą nas wspomnienia z dzieciństwa; rodzinę zakładamy w podobnym okresie, wspólnie cieszymy się z narodzin naszych dzieci, będąc ciotkami i wujkami dla swoich maluchów. Wspólnie też przyjdzie nam kiedyś stanąć wobec tajemnicy śmierci, gdy żegnać będziemy naszych rodziców. Wreszcie równolegle przeżywać będziemy starość i szykować się na odejście. Ten krąg życia jest wielką tajemnicą, na swojej drodze życiowej spotkamy wiele osób. Jedni zagoszczą w naszym życiu na dłużej, inni na krócej. Rodzeństwo będzie prawdopodobnie stale, nawet jeśli dzielić nas będą kilometry, także te emocjonalne.

Z jednej strony, marzymy o tym, żeby nasze dzieci miały wszystko. Nasz czas i uwagę. Bliskość. Z drugiej zaś, widzimy ogromną wartość w rodzeństwie. Widzimy piękne relacje między braćmi i siostrami i marzymy, by ta piękna przygoda na całe życie stała się udziałem także naszych pociech. Z trzeciej strony, mamy czasem ochotę walić głową w ścianę, słysząc kolejną kłótnię o głupotę (głupotę w naszych oczach – dodajmy; dla samych zainteresowanych może to być sprawa niemalże życia i śmierci). Z czwartej zaś strony, wiemy dobrze, że rodzeństwo to bezcenna szkoła życia i socjalizacji. Moglibyśmy tak w kółko… Z piątej, szóstej, siódmej strony… Wśród tych wewnętrznych sprzeczności łatwo się pogubić. Światełkiem w tunelu może być taka myśl: to, że naszym dzieciom jest trudno, nie znaczy, że dzieje im się krzywda . Bilans korzyści jest zawsze na plus, gdy jest więcej osób do kochania.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze

KREDA SKLEP