Kategoria artykułów:

O SYNACH

Wiecie, co robią moi synowie, podczas gdy ja piszę ten artykuł? Ćwiczą fitness z Qczajem. Bez koszulek. Robią przysiady, pompki i brzuszki. W rytm muzyki dance.

Czy tak sobie wyobrażałam życie z piątką małych chłopców? Oczywiście, że nie. Droga do akceptacji tego stanu rzeczy była długa i bardzo wsparły mnie tu dwie książki. Twój syn w wieku 6-7 lat (Blanca Jordán de Urríes) oraz Dzikie Stwory. Sztuka wychowania chłopców (James Stephen, Thomas David).

Co wyróżnia te książki? Pokazują prawdziwe oblicze chłopców. Chłopiec jedzący kanapkę podczas korzystania z toalety? Chłopiec tarzający się w błocie w nowych spodniach? Chłopiec słuchający głośnej muzyki i krzyczący do niej „kupa, kupa, kupa” ? Tak, to wszystko jest naturalne. To wszystko jest integralną częścią chłopięcej natury. Natury całkowicie innej od naszej, kobiecej.

Ale nie martwcie się. Obraz chłopców nie byłby pełny, gdybym opowiadała jedynie o tych sytuacjach, gdy moi synowie podczas wspólnego śniadania robią konkurs na bekanie. Ci sami chłopcy pięć minut wcześniej pomagali nam przygotować śniadanie. Jeden zrobił samodzielnie jajecznicę, drugi sam pokroił pomidory i ogórki. Kolejny zrobił herbatę. Młodsi zanosili talerze i sztućce. Każdy był pomocny, uśmiechnięty i kulturalny. Jednocześnie ich chłopięca natura sprawia, że chwilę później ci sami chłopcy bekają na zawołanie lub gonią się po domu, udając małpy.

Kluczem do budowania dobrej relacji z synami jest właśnie zaakceptowanie tego faktu. Ku pocieszeniu dodam, że w rodzinach, gdzie rodzeństwo jest złożone zarówno z chłopców, jak i dziewczynek, wiele tych szalonych chłopięcych cech nie jest aż tak widoczna, jak u nas. My, jako rodzina składająca się w 99% z testosteronu, mamy te chłopięce cechy charakteru uwypuklone.

Gdy ostatnio byłam na wizycie u lekarza, odbyłam przemiłą rozmowę z panią pielęgniarką. Od słowa do słowa wydało się, że jestem mamą pięciu synów. Ach, jak wspaniale – ucieszyła się pielęgniarka. Było to całkiem odmienne od przeciętnej reakcji ludzi na wieść o liczbie i płci naszych pociech. Zdziwiona drążyłam temat: ale jak to? Przecież synowie to udręka, są głośni, bałaganią, nie uczą się i w ogóle... Zaczęłam wyliczenia typowych opinii o synach w ogóle. Pani pielęgniarka zaśmiała się i odpowiedziała: Ja mam trzech synów i córkę. Nigdy nie doświadczyłam równie mocnej więzi, co z nimi. To wspaniałe doświadczenie i mimo, że kocham moją córkę nad życie, to z chłopcami łączy mnie więź nie do opisania. Pani doświadcza tego z piątką. Zazdroszczę!

Te słowa były dla mnie ogromnym pokrzepieniem. Rzadko kiedy obcy ludzie rozumieją ten aspekt relacji matka – syn.

I chociaż znamy określenie „syneczek mamusi”, to ma ono raczej pejoratywny wydźwięk. Relacja matki z synami jest rzeczywiście bardzo wyjątkowa. I wymagająca. Relacja ojca z synami jest równie istotna, bo to on jest przewodnikiem, tym, który pokazuje im świat, jest wzorem męstwa, ale i opiekuńczości oraz miłości, jednak w tym tekście skupiam się na relacji matki z synem, która często, mam wrażenie, jest umniejszana.

A rola matki jest bardzo trudną rolą

Przede wszystkim wymaga od kobiety wyjścia poza własny „kobiecy” schemat. Wymaga akceptacji chłopięcego serca w pełnej krasie. Akceptacji męskiego zamiłowania do wszystkiego, co związane z fekaliami, błotem, brudem i wojskiem. Akceptacji chłopięcego świata, tak różnego do kobiecego.

Pamiętam, że gdy byłam mamą tylko jednego rocznego chłopca, postanowiłam, że nie pozwolę synom bawić się w przemoc. Moje postanowienie szybko zweryfikowało życie. Mimo braku telewizji i negatywnych wzorców stamtąd płynących gdy byłam mamą trójki, moje dzieci większość czasu budowały broń z klocków duplo i goniły się, strzelając do siebie. Do dziś nie wiem, jakim cudem to się wydarzyło.

Ta sytuacja pokazuje, jak niewiele zależy ode mnie – mamy – gdy mowa o chłopięcej naturze. Obecnie mam już te wszystkie cechy chłopięcego serca przepracowane i z uśmiechem obserwuję, gdy kolejny (piąty już) syn w wieku 3 lat zaczyna na każdym kroku wołać „kupa, kupa”. Teraz już wiem, że to normalne i że minie. Kiedyś jednak zastanawiałam się, co robię nie tak... A nawet: czy moje dziecko jest normalne? Tak, jest normalne. Jest jednak inne ode mnie.

Z zewnątrz gruboskórni, w środku delikatni – niczym świeżo upieczony chleb

Pisząc to wszystko, mam cały czas z tyłu głowy fakt, o którym już wspomniałam, ale chcę to podkreślić: nie każdy chłopiec taki jest. Znam chłopców marzycieli, delikatnych i spokojnych, kochających czytanie i spokojne zabawy. Ja jednak takich egzemplarzy nie posiadam.

Nie zapominajmy nigdy, że nawet jeżeli na co dzień mamy do czynienia z nieczułym z pozoru wulkanem energii, to chłopcy, niezależnie od wieku, są wyjątkowo emocjonalnymi istotami. Łatwo o tym zapomnieć w ferworze ciągłego napominania i uciszania chłopców. Jednak rola mamy to właśnie przede wszystkim budowanie tej emocjonalnej sfery chłopięcego serca.

Jako kobieta matka ma ogromne pokłady intuicji emocjonalnej, jest więc w stanie wyłapać i (co najważniejsze) nazwać wiele stanów emocjonalnych, z których mały (i duży!) chłopiec nie zdaje sobie nawet sprawy.

Chłopcy kochają być przytulani, docenieni, wypieszczeni i zauważeni. Potrzebują jak powietrza pełnej akceptacji i matczynej miłości. Wymaga to od nas, mam, wielkiego serca, empatii i cierpliwości. Już od maleńkiego moi synowie kochali przytulanie, noszenie w chuście, zasypianie podczas karmienia piersią. Mieli wielkie potrzeby emocjonalne i to do mnie przychodzili, by je napełnić. Z tatą pobiegną na mecz piłki, ale to na moich kolanach wypłaczą żale, że nie strzelili gola. Droga od meczu z tatą do płaczu na moich kolanach jest często długa. W jej trakcie chłopiec pobije się z bratem, bo myśli, że agresja zastąpi nazwanie smutku, obrazi się, myśląc, że wyparcie emocji jest dobrym rozwiązaniem, czasami może i przeklnie (jestem mamą 11-latka; tak, to się też dzieje). Rola matki to znalezienie syna, wstrzelenie się w dogodny moment i wspólne przepracowanie tych emocji.

Obraz chłopców nie byłby pełny, gdybym opowiadała jedy- nie o tych sytuacjach, gdy moi synowie podczas wspólnego śniadania robią konkurs na be- kanie. Ci sami chłopcy pięć minut wcześniej pomagali nam przygotować śniadanie.

Mam to doświadczenie, gdy mój z natury zamknięty w sobie 11-latek biega po domu jak poparzony, wszystkich zaczepiając i bijąc. Wieczorem, gdy przychodzę do niego pogadać, wtulony we mnie płacze i opowiada o tym, jak kolega w szkole potraktował go niesprawiedliwie. Dużo czasu minie, zanim ten jedenastolatek nauczy się panować nad emocjami, ale wierzę, że moje wsparcie mu pomoże.

W codziennym wspieraniu synów bardzo pomocne są proste zasady

Krótkie komendy. Ciężko być jednocześnie empatyczną i konsekwentną mamą. Mnie w tym bardzo pomagają kartki – przyklejone w różnych częściach domu informują, co wolno, a co jest zabronione. Krótkie hasła: „Biegamy tylko na podwórku”, „W domu mówimy spokojnym głosem”, „Codziennie przebieramy się w piżamy”, „Na Playstation gramy tylko w piątek”. Pomagają one w prosty sposób wyznaczać granice. Niezależnie od nastroju emocjonalnego chłopców, te granice są wytyczone. Czy zawsze przestrzegane? Oczywiście, że nie.

W takim otoczeniu można poczuć się jak Królowa Matka!

Trudne czasy

Wychowanie chłopców staje się z roku na rok trudniejsze. Wychowanie dzieci w ogóle jest coraz trudniejsze. W dobie komputerów i smartfonów, w dobie wszechobecnej kultury przemocy i seksu ciężko jest tłumaczyć synom, jak powinien zachowywać się prawdziwy mężczyzna. Tu dużą rolę ma do odegrania tata, jednak i ja, mama, mogę wiele zdziałać. Przede wszystkim wymagając od nich szacunku i miłości, która objawia się w czynach, a nie tylko w słowach. Również poprzez mój wygląd, zwłaszcza ubiór, pokazuję im wartość kobiety. Z najstarszymi chłopcami rozmawiam o okresie, płodności, chcę, żeby znali się na kobietach i nie musieli z zawstydzeniem przebiegać przez dział damski w Rossmannie. Wiem, że nie uchronię ich przed wszystkim, mam jednak nadzieję, że ta wrażliwość, której ich uczę, moralność i duchowość, w której wzrastają, pomogą im zmierzyć się z pokusami współczesnego świata.

Czy nasze relacje są dobre? Myślę, że tak. Odkąd nauczyłam się, jak „działają” chłopcy, odkąd zaakceptowałam ich naturę i specyfikę, jest mi dużo łatwiej im towarzyszyć.

Czy chciałabym córkę?

Oczywiście, że tak. Chciałabym móc z kimś śpiewać do „babskiej muzyki”, wprowadzać w tajniki pielęgnacji. Jednak doświadczyłam, że chłopcy są równie wspaniałymi kompanami. Gotujemy wspólnie, wspólnie czytamy (co prawda książeczki o Lego, ale to zawsze coś), wspólnie jeździmy na rowerach. Znalezienie radości w tych czynnościach wymagało ode mnie wielu kompromisów. Musiałam zaakceptować niesamowity poziom decybeli i nieziemski bałagan podczas wspólnego gotowania, musiałam przestać podsuwać im książki mojego dzieciństwa, a zacząć czytać przewodniki po Minecrafcie. Zrozumiałam, że krzyk i bójki to nieodłączny element naszej codzienności, i przestałam z tym walczyć. Póki nie łamią podstawowych zasad, nie wyzywają się i nie widzę krwi – nie reaguję. Wiem, że za pięć minut ta kotłująca się masa chłopięcych rąk i nóg pogodzi się i pobiegnie wspólnie budować szałas.

A ja zostanę w domu i upiekę im słodkie bułeczki. Bo przecież zaraz będą głodni…

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze

KREDA SKLEP