Kategoria artykułów:

Stawiam na relacje

Lubię sobie usiąść i zaplanować. Wszystko dokładnie rozpisać w planerze, w kalendarzu lub w jakimś ładnym, specjalnie do tego przeznaczonym zeszycie. I jeszcze tak mniej więcej określić w czasie, kiedy te plany mają się zrealizować. Szczególnym uczuciem darzę plany edukacyjne moich dzieci związane z przygotowaniem do egzaminów. Najchętniej rozpisałabym je tak, żeby wszystkie egzaminy zdały w pierwszym semestrze. Ale – jak to zwykle się okazuje – plany to jedno, a życie to drugie. Choćbym najpiękniej im wszystko rozpisała, to i tak nie umiem zrealizować tych planów za nie.

Wstaje nowy dzień, rzecz jasna świetnie zaplanowany, dzieci mają zrobić pewną partię materiału, która przybliży je do zdania egzaminów. Niespodziewanie wpadają do nas goście. I co teraz? Nauka oczywiście idzie na bok, bo bardzo cenimy budowanie relacji. Co za problem zresztą upchnąć jakoś tę partię materiału w kolejnych dniach. Plany mają nam pomagać, a nie nas ograniczać, to oczywiste. Dzień spędzamy w cudownej atmosferze, maluchy biegają po domu lub po ogrodzie, starsi robią jakiś poważniejszy wypad do lasu. Wspólnie gotujemy obiad i wspólnie zasiadamy do stołu. Naładowani, nasyceni dobrymi rozmowami, podbudowani kładziemy się spać.

Nazajutrz okazuje się, że mamy termin wizyty u dentysty, którego nie wzięłam pod uwagę przy układaniu planów. Zupełnie zapomniałam! Dobrze, że teraz zwykle dzwonią, żeby potwierdzić wizytę i upewnić się, czy aby na pewno jesteśmy zdrowi. Dentysta zajmie nam tylko trochę czasu, co tam, upchniemy materiał w dniach kolejnych.

Przychodzi następny dzień, jedno z młodszych dzieci budzi się chore. Już wiem, że jeśli uda nam się zrealizować minimum planu na ten dzień – to już będzie sukces. Nadrabianie materiału z poprzednich dni? Możemy o nim zapomnieć! Każde przeziębienie czy poważniejsza infekcja to czas, kiedy dzieciątko musi być wypielęgnowane i wyprzytulane w rytmie slow . Zaparzam więc zioła, wkrapiam olejki do dyfuzora i nastawiam rosół. Później zasiadam w fotelu z chorym na kolanach i czytamy. Mam z tyłu głowy, że jutro może będzie lepiej, to nadrobimy ze starszakami matematykę, tymczasem zmieniamy trochę rozpisane plany i każde ze zdrowych dzieci robi to, co samo potrafi. Świetnie, przecież dlatego właśnie jesteśmy w edukacji domowej, żeby móc się przytulać i zmieniać plany, kiedy zajdzie taka potrzeba.

Wreszcie wszystko opanowane, chorzy wychodzą na prostą, można teraz w spokoju nadrobić zaległości. Skupiam już wszystkie moje myśli, patrzę w notatki w kalendarzu i w tym momencie przychodzi moje najstarsze dziecko z kocimi, błagającymi oczami i z pytaniem: „Mamo, a mogę dziś pojechać spotkać się ze znajomymi? Ekipa z wyjazdu dziś się spotyka i bardzo chciałabym się z nimi zobaczyć”. Choć wiele osób zarzuca edukacji domowej brak socjalizacji, ja po raz kolejny staję przed dylematem: relacje czy edukacja?

Grudzień to miesiąc spotkań, wspólnego robienia dekoracji, pieczenia pierniczków i przygotowań do świąt. Co roku obserwuję, że nauka w tym miesiącu idzie nam wyjątkowo opornie. Z tego też powodu już od kilku lat na grudzień – z założenia! – nie rozpisuję żadnych planów dotyczących nauki i przygotowania do egzaminów. Daję się ponieść temu wyjątkowemu okresowi. Działamy twórczo i działamy razem. Cieszymy się relacjami z bliższymi i dalszymi znajomymi. Spotykamy się z rodziną. Towarzyszy temu wszystkiemu wyjątkowa atmosfera i ciepło. Dobrymi relacjami napełniamy się wszyscy, żeby mieć siłę na inne aktywności.

0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze

KREDA SKLEP