W ubiegłym roku szkolnym bywało, że głowy Smoczycy zwracały się ku sobie, by pomóc pani od angielskiego (that's me). Starsza uczennica narzekała, że te lekcje to nuda, że brat to nawet po arabsku czyta, jak podłoży tekst pod telefon... Pani od angielskiego opadały witki, prosiła o wsparcie z zewnątrz, ale nadal nie było iskry. Pewnego dnia pani od polskiego (to ja) powiedziała:
– Jeśli dzieci same nie poczują, że język obcy może im się przydać, to nie ma mocnego, który by ich do tego przekonał.
Smoczyca wzniosła wszystkie oczy ku Niebu i... w czasie wakacji uczennice poznały dziewczynkę z Hiszpanii, która mówiła trochę po angielsku. Polubiły się od pierwszej zabawy ze skakanką. Już na drugi dzień Hiszpanka recytowała: „aniołek, fiołek, róża, bez, konwalia, balia, wściekły pies”. A uczennice potrafiły grać w gumę, mówiąc: „chicle, chicle, americano, adentro, afuera, me enreda y salgo”. Nie wnikały, czym jest „chicle”1 . Spędzały z Rocío całe godziny, porozumiewając się na migi z niewielkim dodatkiem angielskich słówek. Smoczyca zerkała z jednej strony z niedowierzaniem, że tak się da, a z drugiej z obawą, że uczennice będą miały już niepodważalny dowód na to, że znajomość języka obcego jest zbędna, bo z Rocío bawiły się świetnie! Ale w końcu pojawiła się u całej trójki chęć prawdziwej rozmowy, a brakło słówek na języku. Przed rozstaniem dziewczynki wymieniły się adresami i obiecały do siebie pisać po angielsku! „Świetnie!” – Smoczyca zatarła łapska.
– Szkoda, że tylko pisać! Trzeba rozmawiać, rozmawiać! – odezwała się nowa pani od francuskiego (c'est moi).


















