Katolickie Liceum Montessori im. Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata w Krakowie, prowadzone przez Fundację Wspierania Idei Marii Montessori ZIARNKO MAKU, istnieje od 2017 roku. Powstało jako pierwsze liceum Montessori w Polsce. Przez dwa lata funkcjonowało równolegle z Gimnazjum (tego samego imienia), którego jest kontynuacją. Od samego początku, a w Gimnazjum właśnie od roku 2017, zrezygnowaliśmy z klasycznych ocen cząstkowych oraz śródrocznych. Jedyna ocena, jaką wystawiamy (niechętnie) wg skali: celujący, bardzo dobry, dobry…, pojawia się na świadectwie kończącym klasę lub szkołę.
Dlaczego?
Katolickie Gimnazjum Montessori w Krakowie powstało w roku 2012. W pierwszych dwóch latach działalności obowiązywało w nim ocenianie klasyczne. Jednak od samego początku w nas, nauczycielach, rosło przekonanie, że ten system bardziej szkodzi, niż pomaga.
Uczniowie traktują szóstkę, piątkę i (najczęściej) czwórkę jako nagrodę, a w trójce (znów zazwyczaj), dwójce i jedynce widzą karę. Żyją zatem w ciągłym unikaniu i dążeniu do… Taka sytuacja jest sprzeczna z ideami Marii Montessori, która odrzucała kary, ale również i nagrody jako elementy motywacji uczniów do nauki.
Naszym zdaniem oceny są również główną przyczyną, dla której uczniowie z entuzjazmem zaczynający swoją edukację w pierwszych klasach szkoły podstawowej, na poziomie klas ostatnich i szkoły średniej przychodzą na lekcje niechętnie, a nierzadko czują do swoich placówek coś na kształt odrazy czy wręcz nienawiści. I winny jest tu nie tylko system, lecz także sposób, w jaki nauczyciele go wykorzystują, czyniąc z ocen narzędzie manipulacji, a często również opresji.
Czym innym, jeśli nie manipulacją, jest porównywanie uczniów do siebie nawzajem? „Widzisz? Inni mogli się nauczyć na pięć!”. I nieistotne, że dziecko wolniej myśli albo może jest świetne z innego przedmiotu i ma mniej czasu na ten, niedojada, a może przeżyło awanturę między rozwodzącymi się rodzicami. Oceny są bezduszne i bezwzględne. Zdarza się, że czynią takimi również samych nauczycieli.
Oceny motywują? Tak naprawdę motywuje cel. Siadamy do gry komputerowej, bo będziemy mogli osiągać kolejne poziomy (cel), co sprawi nam przyjemność (cel nadrzędny). Uczę się odmiany czasownika (cel), bo chcę mieć ze sprawdzianu dobrą ocenę (cel nadrzędny) i moi rodzice będą ze mnie zadowoleni (cel „nadnadrzędny”). Nauczyłem się, dostałem piątkę ze sprawdzianu, rodzice pękają z dumy. Wszystkie cele osiągnięte. Mogę spokojnie zapomnieć to, czego się nauczyłem. Efekt: zarówno nauczyciel, jak i uczeń stracili czas, a rodzice zyskali złudzenie, że dziecko czegoś się nauczyło. Złudzenie, bo jeśli młody człowiek naprawdę nie zainteresował się odmianą czasownika i nie będzie używał tych wiadomości, szybko wszystko zapomni. Przypadkowe informacje, które być może pozostaną, do niczego mu się nie przydadzą.

Zdaję sobie sprawę, że jest to generalnie problem obowiązkowej „Realizacji Świętej Podstawy Programowej”, jednak oceny w tym procesie są „detalem” czyniącym go w dwójnasób szkodliwym.
Nie bez znaczenia dla decyzji o rezygnacji z ocen było również nasze osobiste doświadczenie. Jestem polonistą. W liceum języka ojczystego uczyły mnie w tym samym czasie dwie nauczycielki. U jednej, uczącej podstaw, byłem notorycznie zagrożony. Jedyną czwórkę dostałem na ustnej maturze tylko dlatego, że reszcie komisji nie udało się przeforsować piątki. Pani profesor wspominała coś o kaktusie na dłoni, jeśli dostanę się na Wydział Historyczno-Filologiczny Uniwersytetu Jagiellońskiego. U drugiej polonistki, prowadzącej fakultet przed maturą, otrzymywałem w zasadzie same piątki. Dwie polonistki, ta sama szkoła, ten sam uczeń… To tyle w temacie „diagnostyczna rola ocen”.