Duszna sala lekcyjna, kolejna osoba odpytywana. Słychać dźwięk kredy ścierającej się o tablicę. Ze znudzeniem przyglądam się zegarowi. Wskazówka przesuwa się w żółwim tempie od jednej cyfry do drugiej. Mój zeszyt do matematyki wygląda bardziej jak szkicownik z mozaikami i różnymi trójwymiarowymi bryłami. Mogłabym przysiąc, że czas nie jest równo odmierzany, że były w moim życiu godziny, które trwały całą wieczność. Powodowały ból głowy i zniechęcenie.
Jednocześnie pamiętam te momenty, w których byłam jakby poza czasem. Chodziłam na lekcje rysunku do pani Joanny i jej męża, pana Konrada. W starej pracowni, w krakowskiej kamienicy pachniało terpentyną. Wszystko było w artystycznym nieładzie. Światło wpadało nieśmiało przez przykurzone szyby.
Pani Joanna często pokazywała nam obrazy wielkich mistrzów i opowiadała historie. Jedna z nich dotyczyła Pabla Picassa. Jak ludzie przychodzili i zachwycali się: „Pan jest taki zdolny, narysował Pan trzy kreski, idealnie przedstawiające gołąbka, pan ma wielki talent”. Na co Picasso otwierał wielką szafę, z której wypadało tysiące szkiców gołębi, począwszy od bardzo studyjnych rysunków poprzez szukanie uproszczeń aż po wiele wersji tych trzech kresek.
W ten sposób zachęcała nas do długiej i wytrwałej pracy. Mawiała: „Dzień bez rysowania to dzień stracony”.
Czas w pracowni zawsze płynął inaczej. Do dziś nie mam pojęcia, kiedy mijało 4-5 godzin. Pamiętam taki dzień, kiedy mieliśmy wykonać na dużym formacie rysunek martwej natury, dokładny, studyjny, z kilku ujęć. Wykonałam wtedy trzy duże szkice ołówkiem i węglem, mimo upływu lat pamiętam to krzesło ze starą klatką dla ptaków. Podczas rysowania, oglądania kompozycji przez okienka wycięte z papieru, odchodzenia od sztalugi, żeby zobaczyć wszystko w innej perspektywie, patrzenia w lustrze na kompozycje, traciłam poczucie czasu i – jak się okazało – również własnego ciała. Jakże byłam zaskoczona, kiedy po wyjściu z pracowni zorientowałam się, że wraz z ołówkiem w kartki papieru wtarłam dość spory fragment własnego paznokcia. Podczas tego rysowania w mojej duszy i w moim umyśle działy się rzeczy, których nie umiem opisać słowami. Wracałam, unosząc się lekko nad ziemią. Poczucie mojej wartości rosło. Rosło też zrozumienie świata, który mnie otacza, i bezkresny zachwyt nad nim. Gdzie nie spojrzałam, dostrzegałam piękne kadry.
A gdyby tak za każdym razem, kiedy czegoś się uczymy i coś poznajemy, czas przestawał istnieć i zwiększał się zachwyt w naszym sercu? Wyobraźmy sobie, że w naszych dzieciach nieustannie rośnie zachwyt. Świat codziennie wydaje się piękniejszy i lepszy. Każda zmiana zaczyna się od małego kroku, od nas samych.
Razem uczyńmy edukację piękną!














