Kategoria artykułów:

Co dla jednych jest dobre, innym może szkodzić

Było przedwiośnie 2007 roku, przebierałam już nogami, żeby zacząć gotować pierwsze posiłki dla naszej pierworodnej córki, która powoli dobijała do szóstego miesiąca życia. Podczas rutynowej wizyty pediatrycznej w ośrodku zdrowia zadałam pani doktor pytanie o to, jak doradza rozszerzać dietę i co po kolei wprowadzać. Jedno krótkie zdanie, które wówczas usłyszałam, zmieniło całe moje życie. Pani doktor popatrzyła na mnie, potem na moją córeczkę i znad okularów rzekła z pełnym przekonaniem:

Proszę jej dawać tylko słoiczki, to jedyne pewne jedzenie, przebadane. Nie można teraz ufać nawet warzywom w sklepach ekologicznych.

Zatkało mnie, nawet jakoś nie byłam w stanie podjąć dyskusji, ale wszystko we mnie zawrzało. Jak to? Świeże jedzenie przygotowane z miłością z dobrej jakości produktów nie umywa się do słoiczków?

Autorytet pani doktor został wówczas mocno podważony, a ja zaczęłam moje dietetyczne poszukiwania. Pierwsze, co zrobiłam, to pobiegłam po poradę do mojej mamy, która w dziedzinie pielęgnacji niemowląt była dla mnie zawsze największym autorytetem. Pamiętałam, jak z wielkim zaangażowaniem gotowała dla nas wszystkich. Wtedy szczególnie przypomniało mi się, jak dla moich młodszych braci robiła przecierane zupki. Jedzenie mojej mamy zawsze było dla mnie najlepsze, bo okraszone miłością. Ja też chciałam dodawać szczyptę miłości do każdej potrawy. Zaczęłam pytać różnych koleżanek o to, jak rozszerzały dietę, o dobre książki. Moja mama i inne mamy potwierdzały tę intuicję: świeże, ugotowane z miłością i czułością jest na pewno lepsze niż zapasteryzowane i odstane w słoiczku.

I tak przeszłam przez etap ciepłych kasz gotowanych z owocami i miodem na śniadanie, żeby później przeskoczyć na śniadania białkowo-tłuszczowe, przez kuchnię wg pięciu przemian, dalej zaliczyliśmy krótki okres wegetarianizmu, następnie kilkunastogodzinne gotowanie rosołów, był też długi czas nietykania niczego, co choć leżało obok cukru, i zabraniania zbliżania się moim dzieciom do cukru na odległość jednego metra. Przeszłam przez obsesyjne kupowanie jedzenia tylko w sklepach ekologicznych, dodawanie superfoodów do wszystkiego, dietę zgodną z grupą krwi, regularne robienie postów wg dr Dąbrowskiej, jedzenie pięciu posiłków dziennie, jedzenie dwóch posiłków podczas okna żywieniowego, niepicie kawy, picie kawy, picie kawy tylko z tłuszczem, picie kawy tylko czarnej, picie kawy z kozim mlekiem. Przeżyłam fascynację dietą św. Hildegardy, z domu wyleciała pszenica, a zakrólował orkisz. Wciągnęła mnie dieta ketogeniczna, oczyszczanie organizmu poprzez picie dużej ilości soków świeżo wyciskanych. Zaczęłam uprawiać własny ogródek warzywny, żeby „mieć pewność”. Zaczęłam hodować kury – żeby mieć własne jajka, kozy – żeby mieć wyborne zdrowe mleko dla dzieci. Jaką lawinę pociągnął za sobą ten jeden kamyczek-słoiczek!

Im więcej czytałam, im lepiej zgłębiałam temat, tym częściej zastanawiałam się, o co w tym wszystkim chodzi i dlaczego zdania są tak rozbieżne. Co więcej, każdy przytaczał badania naukowe na obronę swojej diety i dowody na to, z jak wielu schorzeń owa dieta leczy.

Po latach poszukiwań znajduję na to tylko jedną odpowiedź: jest wiele typów ludzi i dla każdego inna dieta może być dobra. Nie ma uniwersalnej diety i identycznego sposobu dbania o zdrowie, które byłyby idealne dla wszystkich. Choć oczywiście pewne tendencje przewijają się regularnie. Cukier nie jest zdrowy, jedzenie mniej przetworzone i bardziej naturalne jest zdrowsze, umiar jest zawsze lepszy niż nadmiar. A wniosek nasuwa się jeden: co dla jednych jest dobre, innym może szkodzić.

0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze

KREDA SKLEP