Kategoria artykułów:

Edukacja domowa z towarzyszeniem dziadka i babci

Rodzice, którzy zdecydowali się na edukację domową swoich dzieci, często spotykają się z pewną stałą pulą pytań. Jak wyglądają egzaminy? Co z socjalizacją? Jak na wasz pomysł zareagowała rodzina? Na dwa pierwsze odpowiedzi są właściwie podobne, o ile nie takie same. A na trzecie? Bardzo różne!

Bywa, że dziadkowie załamują ręce (że dzieci „nic nie będą umieć”) i snują przeróżne czarne scenariusze. Ale bywa i tak, że chętnie sami angażują się na wiele sposobów w pomoc w edukacji domowej. Nieraz jest to po prostu podrzucenie od czasu do czasu obiadu, żeby odciążyć trochę córkę czy synową. Czasem jest to zabranie dzieci na wycieczkę. Niektórzy zobowiązują się do poprowadzenia wnuka czy wnuczki w przedmiocie, który akurat jest specjalizacją babci lub dziadka. Zdarzają się też spontaniczne pomysły na lekcje od czasu do czasu lub zaprowadzanie któregoś z wnuków na zajęcia dodatkowe.

Rut z zainteresowaniem słuchała, jak dziadek badał sarkofag mumii egipskiej, skarby starożytnego Egiptu, biżuterię z grobów Wikingów czy olejne malowidła. Spektrometr, czyli specjalistyczne urządzenie umożliwiające analizowanie składu pierwiastkowego substancji na podstawie zarejestrowanego widma, miał oczywiście na podorędziu.

Zacznę od przykładu spontanicznej lekcji, na pomysł której wpadł mój tata, gdy córka rozpoczęła na geografii temat skał. Bardzo ją zresztą to zagadnienie zainteresowało, a że dziadek Piotr jest inżynierem metalurgii i od lat bada zawartość pierwiastków w rudach metali i w innych materiałach, było kogo dopytać o szczegóły. Rut z zainteresowaniem słuchała, jak dziadek badał sarkofag mumii egipskiej, skarby starożytnego Egiptu, biżuterię z grobów Wikingów czy olejne malowidła. Spektrometr, czyli specjalistyczne urządzenie umożliwiające analizowanie składu pierwiastkowego substancji na podstawie zarejestrowanego widma, miał oczywiście na podorędziu. Dodatkowo na okoliczność tej lekcji zaopatrzył się w zestaw dla dzieci „wulkan i kopalnia kryształów”. Zaczęli zabawę od poszukiwań w ogródku gotowej bryły gipsowej z zatopionymi w niej minerałami. Następnie rozłożyli się z tym wszystkim na kuchennym stole i przy pomocy narzędzi wydobywali kryształy cennych minerałów i pirytu (tzw. złota głupców). Później Rut z pomocą dziadka przeprowadziła badania spektrometrem, by na komputerze zobaczyć skład pierwiastkowy. Jeśli chodzi o wulkan – ten już zrobiła sama w domu i czekaliśmy, kiedy będzie można przeprowadzić wybuch. Odbył się z okazji Dnia Dziadka. Mój tata nieraz potrafi wnukom coś ciekawego opowiedzieć, choćby z zakresu fizyki. To interesuje szczególnie syna.

Niezapomniana lekcja o skałach.

Nina, mama siedmiu córek, nie ukrywa, że z matematyki jest noga. Podobnie sprawa się ma z fizyką. „A jak poradzisz sobie z matematyką?” – pytano ją nieraz, gdy opowiadała o edukacji domowej. Otóż nigdy nie planowała sobie z nią jakoś specjalnie radzić. Planowała w matematykę i fizykę „wrobić dziadka”, czyli swego tatę. Jak mówi:

Mój tata jest geniuszem informatycznym i programistą, ale właściwie z wszystkimi ścisłymi naukami świetnie sobie radzi. Matematyka i fizyka to dziedziny wiedzy, które są dla niego oczywiste jak dla mnie gotowanie rosołu. Tata jest wspaniałym człowiekiem o niekończących się pokładach cierpliwości i ogromnej wyrozumiałości dla matematycznych tępaków, a dla wnucząt tej cierpliwości ma dwa razy więcej. Od samego początku wszystkie wątpliwości edukacyjne z dziedzin ścisłych konsultowałam z moim tatą. Przy okazji sama ucząc się od zera matematyki. W starszych klasach, gdy program jest bardziej wymagający, mam z tatą umowę na lekcje matematyki i fizyki. Ale to nie są lekcje dla dzieci. To są lekcje dla dzieci i dla mnie. Mam być obecna od pierwszej do ostatniej minuty. Ciałem i duchem. Zrozumieć. A potem tłumaczyć dzieciom to, czego one nie zrozumieją albo zapomną. I to jest wielka przygoda. Wymagająca. Przy okazji odkrywam czasem, że moje dzieci bywają bystrzejsze ode mnie – to uczy pokory i dystansu i też jest bardzo fajne. A jednocześnie okazuje się, że nie jestem taka całkiem noga z tych przedmiotów.

Przez kilka lat mama Niny (polonistka) prowadziła dla wnuków zajęcia z literatury, raz lub dwa razy w miesiącu. Wybierała książkę, czytała ją razem z dziećmi – zwykle ona na głos, a dzieci w tym czasie rysowały ilustracje do tych opowieści… Zabawne, że lekturę klasy ósmej, czyli „ Małego Księcia ” , wnuczki miały „przerobioną” w wieku 10 lat. Do dziś dla jednej z nich to ukochana książka. Ja sama bardzo często dzwonię do mamy, żeby poradzić się jej, gdy bierzemy na tapet analizę wiersza lub mierzymy się z jakąś zagwozdką gramatyczną. Zawsze sensownie poradzi.

Nina dzieli się jeszcze jednym ważnym aspektem pomocy dziadków:

Moi rodzice pełnią dla mnie funkcję wsparcia psychicznego. Każdy czasem ma doła, a ja pewnie częściej niż każdy, bo z natury jestem raczej pesymistką. Z dołków bardzo często wyciągają mnie rodzice. A gdy hałas w domu da mi naprawdę w kość, zostawiam dzieciarnię z mężem, który od hałasu odpoczywał w pracy, i spędzam wieczór u rodziców, nabierając sił do zmagań. Nie są to częste sytuacje, ale wystarczające, by podratować w chwilach zwątpienia czy przemęczenia.

Marysia opowiada, że ponieważ jest w pracy od rana do nocy, to jej mama wzięła na siebie prawie całą edukację domową. Marysia jest odpowiedzialna za naukę języka angielskiego, wyszukiwanie ciekawostek z różnych dziedzin oraz survival i tzw. męskie prace domowe. Mama była nauczycielką wczesnoszkolną, świetliczanką, polonistką, uczyła też biologi, a z zamiłowania jest historykiem... Póki co 5 klasa jest pierwszą w ED, ale zeszły semestr pokazał, że to idealny sposób na naukę dla mojego syna – mówi Marysia. Piotr, jej syn, najlepiej się czuje w naukach przyrodniczych. Jego mocną stroną jest geografia i biologia. Od małego pasjonowała go natura i obserwacje przyrodnicze. Sam za to robi informatykę i projektuje gierki w Scratchu. Dzięki edukacji domowej ma czas między innymi na treningi szermierki.

Joanna opowiada: Mama męża, Marysia, jest nauczycielką polskiego i czasem podpowiada mi techniki uczenia dzieci, pracy z dyslektykiem. Początkowo była bardzo przeciwna edukacji domowej, zaczęła się przekonywać, kiedy zobaczyła, że dzieci mają świetne wyniki w nauce (powyżej 90% na egzaminach) i są duszami towarzystwa (bała się o „socjalizację”...). Druga babcia i dziadek (Lucyna i Mikołaj) są bardzo pozytywnie nastawieni do takiego sposobu nauczania. Dziadek jest cieślą i pasjonuje się ogrodnictwem. Lubi pokazywać dzieciom ogród, drzewka i krzewy w sadzie, zachęcił je do jedzenia rzodkiewek. Zrobił im domek na drzewie i miecze z drewna. Lubi też wymyślać śmieszne rymowanki i piosenki. Dzieci lubią z nim przebywać, choć jest dosyć małomówny . Wszystko to dzieje się u nich okazjonalnie ze względu na odległość od babć i dziadków. Dzieci nie lubią, kiedy babcia Marysia pyta o cokolwiek z lekcji lub zachęca do nauki. Ale uwielbiają się popisywać przed dziadkiem Mikołajem i babcią Lucyną swoją wiedzą i umiejętnościami, choć oni rzadko o to pytają.

Malwina, mama Stasia (ucznia klasy szóstej w edukacji domowej) i Zuzi (obecnie w klasie czwartej), opowiada, że w nauczaniu dzieci ma ogromną pomoc w swojej mamie – dla dzieci to babcia Ewa. Babcia Ewa jest magistrem filologii angielskiej i nauczycielem z 50-letnim stażem nauczania dzieci, młodzieży oraz dorosłych. Dlatego od początku rozpoczęcia naszej przygody z ED to ona wzięła na siebie cały ciężar nauczania Stasia i Zuzi języka angielskiego – mówi Malwina. – Moje dzieci uwielbiają się uczyć z babcią Ewą, choć nie ukrywam, że czasem bywają małe trudności z dyscypliną, ponieważ uważają, że babcia przymknie oko na nieodrobione lekcje itp. Ale babcia Ewa świetnie egzekwuje swoje i wie, jak okiełznać wnuki, mimo „pokrewieństwa” z tymi uczniami. Dodatkowo babcia Ewa mimo bardzo dojrzałego już wieku prowadzi małe „przytulisko dla psów” (podrzutki, znajdki i bezdomniaki, w liczbie 12 sztuk obecnie) i zaszczepia dzieciom również takie wartości jak dbałość o inne stworzenia, dobroć dla nich i odpowiedzialność za żywe zwierzaki . Nauka języka oraz pomoc przy zwierzętach odbywają się stale, bo wnuki do babci mają zaledwie 200 metrów. Babcia Ewa jest wielką inspiracją dla Stasia i Zuzi, dodatkowo pokazuje im, że nawet w starszym wieku można być młodą i żywotną wewnątrz, że warto marzyć i spełniać swoje marzenia i że innym można dać coś od siebie.

Mama Doroty dużo rozmawia z wnukami. Od zawsze, zanim jeszcze były w edukacji domowej. Babcia nagrywa im ciekawe programy popularnonaukowe, razem oglądają i rozmawiają o nich, tłumaczy rzeczy, z którymi jest problem, bo zawsze jak trzecia osoba wytłumaczy, to będzie z innej strony i szerzej naświetlony temat. Rozmawia z nimi po angielsku (sama nie mówi świetnie, ale to w zupełności wystarczy). A teściowa nam zupy gotuje – to też jest nieoceniona pomoc!

Małgorzata dzieli się w kilku słowach: Moi rodzice izolują się w związku z zagrożeniem epidemicznym, ale mój Tata (lat 78, inżynier „starej daty”) codziennie prowadzi lekcję matematyki z moją córką (7 klasa) na Skypie.

Kilka słów dorzuca Katarzyna: Syn jeździ do mojej mamy, czyli swojej babci, na historię i polski, ponadto pomaga tam w gospodarstwie, biega z psami i strzelbą po lesie, jeździ konno, buduje szałasy, uczy się gotować itp. Gdyby nie moja mama, na pewno nie dałabym rady sama.

Zdarza mi się odwiedzać znajomą w Zielonej Górze. Mama siedmiorga dzieci. Jej mąż jest kapitanem żeglugi, a więc kilka tygodni w domu, kilka na morzach i oceanach. Od wielu lat zaangażowani w edukację domową. Nieraz jak komuś o nich opowiadam, to z niedowierzaniem kręci głową: „Jak ona daje radę?!”. Podczas jednego z pobytów w jej domu widziałam, jak szalone to czasem życie i jak duże wsparcie ma w teściowej, która często pomaga przy dzieciach lub przywozi coś na obiad. Teść natomiast pomaga młodzieży w przedmiotach ścisłych, przede wszystkim w chemii i fizyce.

Pomoc dziadków na pewno sprzyja zacieśnianiu rodzinnych więzi – przejawia się na różne sposoby i jest po prostu nieoceniona.

0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze

KREDA SKLEP