To chyba Jurij Andruchowycz pisał, że jest taki moment w ciągu lata, kiedy się całkowicie przestaje wierzyć w istnienie zimy. Człowiek się mości w tych poziomkach, mizerii, sandałach i cienkich koszulkach i wydaje mu się, że tak już po prostu będzie, że to już na zawsze.

Dokładnie ten sam efekt osiąga się w pewnym momencie zimy: cebula, kapusta kiszona, rękawiczki i monochromatyczny krajobraz za oknem. Tak już będzie, nic się nie zmieni, nawlekamy na siebie bez słowa kolejną warstwę ubrań, na pociechę zapalamy pachnące świeczki albo idziemy na wycieczkę w góry czy do lasu, szukamy sposobu na trwanie w stanie zimowym, który w naszej głowie nie ma końca.






-640x470.jpg)







-640x470.jpg)


