Kategoria artykułów:

MATKA INDIANKA. O sztuce czekania na nieoczekiwane

Po wielu tygodniach kolebania się stępem po ujeżdżalni wreszcie usłyszałam od córki: „Zrobiłam młynka. Dziś poczułam, że się nie boję”. Tego nie da się zrobić w dziecku, osiągnąć. Można jedynie dać potrzebną przestrzeń i czekać, nie oczekując niczego konkretnego.

Czekanie nie ma dziś dobrej prasy. Czekać na zbawienie, na cud, na księcia z bajki, czekaj tatka latka, czekać z założonymi rękami… Każdy z tych utartych zwrotów kryje lekkie poirytowanie i lekceważenie. Wszak czekać to samemu nic nie robić, tylko wypatrywać, aż się stanie, się zrobi.

Słychać tu głębokie przekonanie, że liczy się tylko efektywne działanie. To ono ponoć zmienia świat, kieruje losy świata na lepsze tory. Cierpliwość i męstwo, które kryją się za pozorną bezczynnością czekania, opiewają już tylko stare baśnie i przypowieści. No i oczywiście życie. Dobrze zrozumie mnie ten, kto czekał na zdrowie, na męża/żonę, na dziecko, na kres nieszczęścia, czyjąś przemianę… Żeby odnaleźć w sobie tę szczególną umiejętność zaniechania działań, by wydarzyć się mogło coś nieoczekiwanego, na chwilę trzeba się wycofać, stanąć na skraju wydarzeń. Najczęściej osiągamy ten stan w momencie kryzysu. Nie tyle sami odsuwamy się od życia, co zwyczajnie odpadamy, a ono płynie dalej niewzruszonym tempem. To są zawsze dramatyczne chwile, jednak dobrze przeżyte pozwalają odnaleźć odwagę płynącą ze świadomości, że życie daleko wykracza poza to, co człowiek zdoła zaplanować, przewidzieć, zapragnąć. W swoim cudownym rozmachu uwzględnia nie tylko postępy i sukcesy, lecz także porażki i katastrofy. Prawdziwi szczęśliwcy to jednak ci, którzy nie potrzebują zewnętrznej presji, by się wycofać, by pozwolić rzece popłynąć bez nich przez chwilę. Lubią się przyczaić przy brzegu, w kucki jak Indianie, stać się niewidocznymi, by nie spłoszyć najbardziej zaskakujących wydarzeń, niespodziewanych chwil.

Pokusa wszechmocności

Pozostając przy metaforze rzeki, odnoszę wrażenie, że współczesne bycie matką więcej ma wspólnego z flisactwem niż przyczajaniem się w szuwarach. Poziom odpowiedzialności, jaki bierzemy na swoje – nomen omen – barki, przekracza wszelkie normy żeglugi wodnej. Niestraszne nam życiowe dzikie nurty, załomy, wodospady. Z większości niemożliwych sytuacji wychodzimy z brawurowym wdziękiem. Adrenalina nie spada ani na chwilę, ale wysiłek i zaabsorbowanie misją rzadko pozwalają nam delektować się podróżą.

Życie z perspektywy matki (zwłaszcza w domowej edukacji!) może przypominać spływ dziką rzeką. Im dzieci starsze, tym nurt staje się bardziej rwący, a prądów w nim przybywa. Oczywiście wiesz, że nie znasz się na wszystkim, więc nasłuchujesz, co warto, a co koniecznie trzeba. Porównujesz swoje działania z aktywnością innych matek-flisaków i widzisz, że można więcej, szybciej, skuteczniej. I trzymasz rękę na pulsie: koncentracja i logiczne myślenie (szachy), zdolność przewidywania i opanowanie (szermierka), pewność siebie i kreatywność (wspinaczka), zdrowy kręgosłup (basen), samoobrona i poczucie sprawczości (judo), wrażliwość i pracowitość (szkoła muzyczna), obcowanie z naturą (wolontariat w schronisku albo jazda konna), uspołecznienie (harcerstwo), zawodowy back- ground (programowanie i podstawy ekonomii). Dieta (oczywiście eliminacyjna), okazjonalnie dentysta, ortodonta, logopeda, psycholog. Spływ taką trasą to źródło niegasnących emocji. Wszystko zdaje się tu zależeć od ciebie i twoich kalkulacji. Jeden mały błąd i pójdziecie na dno… Nie masz czasu choćby westchnąć: Boże, jak tu pięknie! , bo pięknie będzie dopiero wtedy, kiedy całych i zdrowych dowieziesz ich do celu. Ale jaki jest cel? I czyj on jest? Matka-flisak ma jeden: utrzymać ekipę na fali i przetrwać. Coś więcej mają szansę dostrzec tylko wspomniani już Indianie – koczujący bezczynnie w szuwarach przy brzegu rwącej rzeki…

Czekanie i spokojne obserwowanie rozwoju dziecka to niełatwa sztuka. © Victoria VIAR PRO

Życiodajna bezczynność

Moje szuwary znalazłam dość wysoko: w małej wsi Czasław, na skraju Beskidu Wyspowego. Bez tego miejsca dziś może miotałabym się z drągiem na tratwie, budząc przerażenie dzieci. A tak raz w tygodniu, od lat już wielu, deszcz, śnieg czy upał – muszę wyrwać się z dzikiego nurtu, zaszyć się niewidoczna w sitowiu. Dzieciaki zbiegają z tratwy i znikają jak kamfora. Zapada cisza. Przestaję być matką, która wie. Po prostu przykucnę gdzieś sobie i patrzę. Przeważnie nic się nie dzieje. Czasem ktoś przejdzie obok bezszelestnie, zamienimy lakoniczne słowo albo tylko życzliwie na siebie spojrzymy. Góry, przestrzeń i konie.

W stadninie „Zaczarowane Wzgórze” znalazłam się, idąc tropem dziecięcych marzeń. Wybraliśmy to miejsce, bo tylko tutaj ludzie potraktowali z powagą i szacunkiem pragnienia niespełna sześcioletniej wówczas dziewczynki. Zaufaliśmy im, bo z tą samą powagą i szacunkiem traktowali swoje konie. Nawet gdybyśmy uparli się być klientem wymagającym (sami rozumiecie: podjeżdżamy, ładujemy skillsy i prujemy dalej) – nie przeszłoby. Nie w tym miejscu, nie z tymi ludźmi i nie z tymi końmi. Jak w indiańskiej wiosce plemienia Yequana, które opisuje Jean Liedloff (W głębi kontinuum , Warszawa 2010) – wchodzisz i od razu czujesz, że tutaj oddycha się w innym rytmie. Na „Zaczarowanym Wzgórzu” nikt nie ma gotowych odpowiedzi na pytanie, jak będzie. Kontraktu nie podpiszesz. Za to wszyscy mają świetny kontakt z tym, jak jest. Patrzą i widzą, słuchają i słyszą. Możliwe, że właśnie dlatego każdy dostaje tu to, czego najbardziej i naprawdę mu potrzeba.

Właśnie w tym niezwykłym miejscu odkrywam w sobie, nieprzerwanie od kilku lat, matkę-Indiankę: „obecną i osiągalną na swój milczący sposób”. Odkrywam wartość przyglądania się dzieciom z boku, dyskretnego towarzyszenia nie po to, by przypilnować, skorygować, ocenić, ale by nie przeszkadzać. Zrzucam z ramion balast odpowiedzialności i przyczajona w kucki delektuję się widokiem, jak w swoim rytmie, z własną gracją coraz dalej wypuszczają się w życie. Kiedy wycofuję się, kiedy odpuszczam kontrolę i pozwalam dzieciakom zanurzyć się w bezowocnym, monotonnym (z mojego punktu widzenia) zajęciu, wiem, że pod spodem często wydarzają się rzeczy wielkie, choć niewidoczne. Rok mija, a córka znowu na lonży; syn ciągle tylko stępem w kółko i macha rękami; zamiast galopować po okolicy – nic tylko ćwiczą młynki w siodle… Nie każdy rodzic to wytrzymuje. Trzeba wewnętrznie zamilknąć i przykucnąć, żeby zobaczyć, jak dzieci rosną w cierpliwość, empatię, jak dojrzewają, ucząc się osiągać pożądany efekt poprzez otwieranie się i wsłuchiwanie w drugiego (którym tutaj akurat jest koń). Bez pośpiechu, zaabsorbowane chwilą, czekają, aż zakiełkuje w nich jeździec. Przygoda z końmi stała się cudowną ramą dla bezcennego doświadczenia: przyjechaliśmy, żeby coś osiągnąć, zostaliśmy wyłącznie po to, żeby być.

Doniosła bezproduktywność

Z jaką łatwością rozpływamy się nad maluchem, który niezmordowanie wchodzi i schodzi po schodach, rozrzewniamy się nad setną próbą wciśnięcia kwadratowego klocka w trójkątny otwór sortera. I nagle: „Basta! Czas wziąć się do roboty!”. Zaczynamy bać się czekania w ciszy, przestaje nas interesować, co wydarza się w dziecięcym sercu. Liczy się już tylko widzialny efekt, kompetencja, te nieszczęsne skillsy. Jakby starsze dziecko nie miało prawa zatrzymać się na jakimś etapie, „zawiesić się” na jakiejś czynności – po to, by w środku mogło wydarzyć się coś zupełnie nieprzewidywalnego, intymnego, ważnego. To prawo działania bez presji, cichego przycupnięcia w życiu, jest jak przestrzeń wolnej prerii. Kipiący wewnętrznym życiem i potencjałem nastolatek potrzebuje jej o ileż bardziej niż roczniak skupiony nad sorterem…

Jakie jest twoje indiańskie imię?

Przestrzeni potrzebują również matki. Książka Ulfa Starka Jak mama została Indianką to moja ulubiona opowieść o tym, jak łatwo w byciu matką – zwłaszcza taką z pasją i zaangażowaniem – zaniedbać swoją indiańską naturę. „Ja być wakacyjny niewolnik bladych twarzy” – mówi mama Ulfa, smażąc w upalny dzień kotlety. Ulf uwalnia mamę, a ona przybija kotlety nożem do drzwi kuchni, rozpuszcza włosy i (boso!) uciekają. Chłopiec jest oszołomiony: „Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem sam na sam z mamą, a ona nie miała do zrobienia całej masy rzeczy. (…) Było cudownie i trochę strasznie widzieć ją taką”. Mama-Indianka swoją obecnością i zjawiskową obcością sprawia, że sześcioletni syn dostrzega w niej fascynującą kobietę („Teraz znowu jestem Piękną Rybą. To było moje indiańskie imię, kiedy byłam mała”). Docenia też rzecz dotąd oczywistą: że na co dzień ta niezwykła kobieta jest dla niego zwyczajną mamą. Najbardziej w tej opowieści jednak lubię puentę: dzika natura w sercu, koniec końców, nie przeszkadza w smażeniu kotletów!

Kiedy wycofuję się, kiedy odpuszczam kontrolę i pozwalam dzieciakom zanurzyć się w bezowocnym, monotonnym (z mojego punktu widzenia) zajęciu, wiem, że pod spodem często wydarzają się rzeczy wielkie, choć niewidoczne.

Kiedy odpuszczasz w swoim matkowaniu, kiedy pozwalasz, by świat przez chwilę toczył się bez twojej czujnej opieki, wtedy przed sobą i dziećmi otwierasz fascynującą przestrzeń. Matki z plemienia Yequana wiedzą o tym doskonale. Ich subtelna obecność nie skłania dzieci ani do większej samokontroli, ani do dramatyzowania przeżyć. W cichym towarzyszeniu nigdy nie przejmują uczuć dziecka, nie narzucają też własnych. Dzięki temu ich dzieci doświadczają siebie bez obaw, bez wewnętrznej czy zewnętrznej cenzury. Nie mają problemu z tym, by robić coś niezdarnie, zaryzykować, że coś im nie wyjdzie. A kiedy coś im wyjdzie szczególnie dobrze, odczuwają satysfakcję, nie szukając uznania. Pławią się w życiu, nie wystawiając same sobie cenzurek ani nie oczekując ich od innych. Są w stałym kontakcie ze swoim wnętrzem. A matka-Indianka przygląda się im, jak łódeczce, którą sama wystrugała z kory, ciekawa, dokąd dopłyną i kiedy.

Udostępnij artykuł:
0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze

KREDA SKLEP

Newsletter #kredateam

Zapisz się na nasz newsletter i odbierz prezent: pełne wydanie Kreda „Neurodydaktyka” w wersji PDF

Wpisz poniżej swoje dane, a my wyślemy prezent na Twoją skrzynkę e-mail.

Podanie powyższych informacji jest równoznaczne z zapisem na newsletter Kredy. Możesz wypisać się w dowolnym momencie.

Jeżeli po raz pierwszy rejestrujesz się w naszym systemie, potwierdź Twój adres e-mail. W tym celu kliknij potwierdzenie w wiadomości e-mail, którą do Ciebie wyślemy. W kolejnej wiadomości otrzymasz prezent. Jeżeli wiadomość nie dotarła do Twojej skrzynki, sprawdź folder spam lub inne foldery: oferty, powiadomienia, itp.