
Z lat szkolnych pamiętam chłopców bijących się na boisku, na korytarzu szkoły, w szatni. Ścierałyśmy się ze sobą i my, dziewczyny. Napiszę dziś coś kontrowersyjnego – to były sytuacje normalne. Oprócz siniaków, pozostawiały poczucie konkretnie rozwiązanej sprawy. Bójki miały swój kodeks, granice. Od prawdziwej przemocy byli Balcer i Pietrucha. Zabijali koty cegłą, nacinali sobie ręce, nikt nie był ciekawy, co mogliby zrobić bliźniemu. Jako rodzic mam poczucie, że tych normalnych bójek już nie ma. Znajome mi dzieci nie spotykają się z fizyczną siłą rówieśników, za to coraz częściej są obiektem albo świadkami ataków werbalnych, ośmieszania, wykluczania. Daleka od łatwych i pochopnych wniosków, czasem jednak ulegam myśli, że to okrutny skutek odcieleśnienia relacji, w jakich tkwią dzisiejsze latorośle. Mamy generacyjną skłonność traktować własne ciała, jakby były tylko hologramem naszych pragnień i wyobrażeń. Dzieciaki żyją w świecie emocji i wizualizacji, a ich ciało, jak niepotrzebne ubranko, żałośnie dynda, rzucone na krzesło. Tymczasem – właściwie traktowane – mogłoby być zbroją, która pozwala przenikać rzeczywistość i mocować się z nią, doznając tylko tych uszkodzeń, które nie sięgną głębi osoby, czyli tego, co goi się długo albo wcale. Co gorsza, żyjąc w sferze mentalnej, nie używając ciała, zaczynamy również krzywdę czy uraz fizyczny przeżywać na poziomie głęboko psychicznym. Wyrastający z tego społeczny imperatyw nietykalności cielesnej sprawia, że coraz mniej w dziecięcej codzienności złych i dobrych śladów na ciele, ale przemocy wciąż tyle samo. I to takiej, z którą dziecko, słabo osadzone w swojej cielesności i niedojrzałe emocjonalnie, nigdy samo, o własnych siłach, sobie nie poradzi.
Bardzo lubię wspomnienie Jean Liedloff, autorki książki W głębi kontinuum , z przeprawy pirogą przez wenezuelską dżunglę. Opisuje ona, co się stało, gdy przyjęła postawę otaczających ją Indian, którzy nie znali lęku przed używaniem swojego ciała: „Nawet otarcia i sińce, jakie przypadły mi w udziale [np. zdarte do kości golenie, krwawiące łokcie, ciało przygniecione łodzią do skał – przyp. K.W.], potrafiłam ze znamienną łatwością zaakceptować jako to, czym w istocie były: drobnymi ranami, które wkrótce się zagoją, niewartymi emocjonalnej reakcji , takiej jak gniew, litowanie się nad sobą, rozgoryczenie czy lęk (…), okazało się, że potrafię docenić własne ciało, tak wspaniale skonstruowane, że samo się naprawia , nie potrzebując do tego moich wskazówek ani decyzji” (podkreśl. K.W.).

Słowa te, choć naiwne, często do mnie wracają, gdy obserwuję dzieci w trakcie treningów walki judo. Jeszcze uważniej przyglądam się trenerom – uosobieniu rozumnej siły. Potężni ludzie, którzy palcem stopy mogliby połamać dzieciom ręce, nogi i kręgosłupy, a one lgną do nich, jak pisklęta do kwoki. Ludzie, dla których siła to nie agresja, lecz rozumne, roztropne i celowe użycie posiadanego ciała. Przeciwnika masz pokonać, zachować i czegoś nauczyć. Zawody są dla mnie zawsze bardzo mocnym przeżyciem – zarówno gdy walczą córki, jak i syn. Musiałam odnaleźć w sobie wilczycę, żeby w takiej chwili skandować dziecku z mocą „dalej, nie daj się!”, zamiast „natychmiast przestań!”.