Kategoria artykułów:

Granica

Był ciepły maj. Siedzieliśmy sobie razem z moim tatą przy stole i próbowaliśmy ćwiczyć mówienie. Tata był świeżo po dość poważnym wylewie, który spowodował afazję. Bardzo się denerwował, kiedy miał wypełniać ćwiczenia od pani neurologopedy, wpadłam więc na pomysł, żeby spróbować popracować z różnymi materiałami z naszej małej pracowni montessoriańskiej. Miałam w swoich zasobach całe pudełko maleńkich zabawek nazbieranych przy różnych okazjach. Pomyślałam, że znacznie skuteczniejsze niż podpisywanie obrazków będzie dotykanie przedmiotów i nazywanie ich. Wyjmowałam więc kolejno malutkie figurki z pudełka i dawałam mu do ręki. Próbowaliśmy odgruzować w ten sposób odpowiednie, trochę uszkodzone ścieżki w jego mózgu. Jedną z pierwszych figurek był metalowy statek wojenny. Tata wziął go do ręki i zaraz mówi „Aurora”. Zmartwiona próbuje go naprowadzić, że to nie to słowo, ale tata się upiera. Widzę, że jest trochę poirytowany i powtarza „statek Aurora”. Coś mnie tknęło, biorę telefon i wklepuję „statek Aurora”… Faktycznie! Rosjanie stworzyli kiedyś taki okręt wojenny! Miał rację, wcale nie miesza mu się w głowie, to ja mam za małą wiedzę. Od tego czasu sytuacja powtarzała się wielokrotnie. Kiedyś układaliśmy słowa z literek skrablowych. Powybierałam literki tak, żeby było mnóstwo prostych słów jedno- lub dwusylabowych. Układa i układa, i nic prostego mu się nie układa. Ułożył jakieś wyjątkowo dziwne słowo, którego nie umiałam nawet przeczytać. Więc ja znów swoje: „Tato, nie ma takiego słowa, zastanów się jeszcze”. Tata oczywiście upiera się, że jest. Biorę więc pana Googla do pomocy i wklepuję, mając w pamięci, że raz już to ja nie miałam racji. I co się okazuje? Rzeczywiście, na Półwyspie Arabskim jest takie małe miasteczko. Tata potwierdza mi, że chodzi o miasto. Dla mnie to było szokujące, że zaczął w pierwszej kolejności odkopywać słowa, których na pewno nie słyszał wiele razy. Dziś tato mówi już zupełnie sprawnie.

Szukając najlepszych sposobów pomocy tacie, trafiłam na książkę Udar i przebudzenie Taylor Jill, która w wieku 37 lat przeżyła bardzo poważny wylew krwi do lewej półkuli mózgu. Jill była naukowcem, specjalistką od anatomii mózgu. To, co w tej książce było dla mnie największym odkryciem, to fakt, że Jill początkowo wcale nie chciała wracać do sprawności. Pisze, że wreszcie zaczęła cieszyć się „tu i teraz”, wraz z wylewem wyłączył jej się cały męczący szum w mózgu i przebywała w błogiej ciszy, bez trudnych emocji, otaczały ją same pozytywne emocje. Było to dla niej tak przyjemne doświadczenie, że wcale nie miała ochoty wracać do zdrowia. Doznając przebłysku, podjęła jednak decyzję, by walczyć o powrót kolejnych funkcji, takich jak sprawność fizyczna czy mowa – a wszystko po to, by móc o swoim odkryciu opowiedzieć innym. Z każdą wyćwiczoną czynnością fizyczną wracały również następne funkcje mózgu, które nie były dla niej przyjemne.

Kolejne lektury skłoniły mnie do przemyśleń na temat wykorzystywania i rozwijania różnych funkcji w mózgu już u małych dzieci. Pokusa, aby wychować małego geniusza, jest ogromna, a neurodydaktyka podpowiada coraz to nowsze i bardziej skuteczne metody. Zastanawia mnie tylko, czy uruchamiając i wykorzystując pewne genialne ścieżki w małych mózgach, nie robimy tego kosztem innych istotnych funkcji, których nie widać na pierwszy rzut oka. Gdzie jest granica, której nie powinniśmy przekraczać?

0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze

KREDA SKLEP