Patrzę na znajomego nastolatka, jak zręcznie i delikatnie przekręca obiektyw aparatu. Jego zdjęcia są znakomite nawet przed obróbką, oddają nastrój i wydobywają urodę ludzi i miejsc.
Słucham melancholijnych dźwięków, wydobywanych z gitary przez mojego synka. Potrafi nie tylko odtworzyć skomplikowaną melodię – jego muzyka ściska gardło (nie tylko rodzicielskie).
Obserwuję, jak moja córka pędzi na nartach, złożona do jakiejś niemożliwej pozycji.
Bezczelnie podsłuchuję, jak nieznane dziecko pociesza kolegę, z niezrównaną delikatnością i taktem rozmawia i bezbłędnie znajduje właściwy sposób na podźwignięcie drugiego z jego smutku.
Z bezradnym podziwem spoglądam na szkice i obrazy znajomych artystów i na niektóre prace uczniów naszej szkoły, eksponowane w holu.
Z przyjemnością biorę udział w wybitnych prelekcjach i warsztatach, prowadzonych ze swadą i wartościowych merytorycznie.
Nabożnie obserwuję magiczne umiejętności inżynierów, architektów i programistów – tu mam szczególny przyklęk, gdyż ani odrobinki nie rozumiem.
Ze szczęściem w oczach jem przepyszne ciasta koleżanki. Nikt nie potrafi piec jak ona, przy czym nie korzysta z przepisów – wsypuje i wlewa składniki intuicyjnie.
Spaceruję po prześlicznym ogrodzie mojej cioci, która potrafi wyhodować najbardziej delikatną i oporną roślinkę.
I myślę sobie: no cóż, ja umiem w synonimy.
I jeszcze – żeby tylko tego nie spieprzyć, nie przydeptać. W sobie, w naszych dzieciach, w innych ludziach, żeby nie poprzestawać na tym płytkim przeglądzie talentów prestiżowych, popłatnych albo spektakularnych. Żeby widzieć w ludziach ich szczególne supermoce i pamiętać, że dobry obiad albo czuła, nieoceniająca obecność są tak samo cenne, jak wernisaże albo medale.
Żeby mi nigdy nie zabrakło powodów do zachwytu.


.png)









_z_cyklu__Z_dzieci_cych_p_z_-640x470.jpg)




