Kategoria artykułów:

Survival z dziećmi

Dokładnie pamiętam najbardziej survivalowe wakacje z dwójką dzieci. Nasza córeczka miała wówczas niespełna 3 lata, a synek niecałe 6 miesięcy. Wybraliśmy się ze znajomymi i ich rocznym dzieckiem w Bieszczady pod namioty. Pewnie nie byłoby nic nadzwyczajnego w wypadzie pod namiot, gdyby nie kilka faktów, które sprawiły, że wyjazd był niezapomniany.

Po pierwsze, okazało się, że w pobliskim schronisku nie ma wystarczającej ilości wody, więc musieliśmy chodzić kąpać się do wcale nie pobliskiego strumyka. Po drugie, przez większość naszego pobytu padał deszcz. Po trzecie, jako młode matki, które starają się żyć ekologicznie i unikać toksycznych pampersów (!), razem z koleżanką miałyśmy tylko i wyłącznie naturalne pieluchy wielorazowe. Oczywiście chłopcy korzystali już z nocnika, więc w pieluchach nie zdarzały się raczej grubsze zanieczyszczenia, niemniej jednak pieluchy trzeba było prać. A my przez cały wyjazd praktycznie ich nie prałyśmy. Robił to za nas deszcz. Jak to w polskich Bieszczadach bywa, sierpniowa pogoda nas nie rozpieszczała, noce były już naprawdę zimne, a deszcz padał regularnie. Miałyśmy taki prosty system: zasikana tetrówka wywieszana była na sznurku, deszcz ją porządnie przepłukiwał, a kiedy wychodziło słońce, mocno wykręcałyśmy pieluchy i liczyłyśmy, że kolejny deszcz spadnie dopiero, jak wyschną. Schły dość szybko. Nadszedł jednak dzień, w którym byliśmy posiadaczami tylko i wyłącznie przepłukanych przez deszcz pieluch, słońce nie wyszło i nie dawało nadziei na wysuszenie jednej z ważniejszych części garderoby naszych maluchów. Pozostało tylko jedno: rozpalić ognisko i podjąć próbę wysuszenia. Tak też uczyniliśmy. Tatusiowie rozpalili ognisko, na którym przy okazji usmażyliśmy poranną jajecznicę. Zaczęło się wielkie suszenie pieluch. Szalony plan został zrealizowany z powodzeniem. A do Krakowa wróciliśmy z pięknie uwędzonymi pieluchami. Ich kolor i zapach – pomimo prania – utrzymywał się jeszcze długo.

Dwa tygodnie w górach, przy niezbyt sprzyjającej pogodzie, z dwójką małych dzieci... To był dla nas niezły reset. Jedyne, o czym musieliśmy myśleć, to ciepłe jedzenie, suche ubrania, trochę wody do umycia i (oczywiście!) pieluchy dla dziecka. Zdecydowanie był to dla nas obóz przetrwania.

Myślę, że bycie z małymi dziećmi w domu przypomina momentami taki obóz. Są dni, kiedy jako matka lub ojciec toczysz prawdziwą walkę o to, żeby przetrwać do wieczora, żeby wszyscy mogli zjeść ciepły posiłek, umyć się i żeby nie było strat w ludziach, bo że w sprzętach będą – to niemal pewne. Niby nie musisz rozpalać ogniska, ale wejście do kuchni i wrzucenie czegoś do garnka, a potem niespalenie tego wydaje się większym wysiłkiem niż narąbanie drewna. (Ba, rąbanie drewna wydaje się w tym armagedonie cudownym luksusem, wyjątkowo cenną chwilą tylko ze sobą i swoimi myślami). Miotasz się po kuchni, która przypomina plac boju, bo nie udało się wysprzątać po śniadaniu. Zaczynasz gotować obiad, a w tym czasie okazuje się, że twoje dziecko spowodowało niezłą powódź w łazience. Biegniesz więc wyłączyć kran i ratować dom i już wydaje ci się, że sytuacja jest opanowana, gdy zaczynasz czuć charakterystyczny swąd spalenizny. Biegniesz zatem do kuchni, chwytasz garnek i z sykiem puszczasz go, a obolałą rękę szybko wsadzasz pod zimną wodę. W tym czasie twoje dziecko znalazło farby i zaczyna je właśnie rozkładać w pokoju na podłodze, ale ty jeszcze tego nie wiesz. Za chwilę odnajdujesz pomalowane ściany… A może i mąkę rozsypaną na dywanie podczas twojej wizyty w toalecie, zupę z proszku do prania i płynów (dlatego warto je trzymać wysoko, choć dla niektórych dzieci i to nie stanowi przeszkody)… Wieczorem kładziesz się spać i myślisz, że może jutro będzie mniej survivalowo…

0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze

KREDA SKLEP