
Słuch jest pierwszą i najważniejszą predyspozycją do edukacji muzycznej. Ale nie tylko. Jest też zmysłem, który wykształcił się w toku ewolucji, pozwalając naszym przodkom obserwować naturę, zdobywać pożywienie, unikać niebezpieczeństw lub przewidzieć aurę. Z czasem stał się jednym z podstawowych narzędzi funkcjonowania w społeczności, warunkującym zgodność i poprawność komunikacji. Doskonalenie umiejętności słyszenia było niezbędne do przetrwania gatunku ludzkiego nie tylko w czasach pradawnych. Jeszcze plemiona Indian posługiwały się słuchem jako elementem taktyki wojennej, chociaż już wtedy „biały człowiek” przegrywał w tej konkurencji z mieszkańcami Dzikiego Zachodu.
Nawet nocą docierają do nas odgłosy ulicy, sąsiedzkich gospodarstw czy mieszkań. Tak obciążony słuch adaptuje się do otoczenia, uznając hałas za swoje naturalne środowisko. Przestaje rozróżniać odgłosy, nie ostrzega przed niebezpieczeństwem, tępieje i zapomina o swojej roli.
Cywilizacja, zwalniając zmysł słuchu ze swoich pierwotnych funkcji, niestety upośledziła jego funkcjonowanie. Rozwój techniki pogorszył jeszcze jego stan, zalewając świat nieustannym hałasem. Przeciętny człowiek, funkcjonujący w jakiejkolwiek społeczności (rodzinnej, pracowniczej, korporacyjnej, szkolnej etc. ) bombardowany jest w każdej niemal chwili dziesiątkami decybeli, płynącymi z mijających nas aut, samolotów, tramwajów, telefonów, komputera i telewizora. Nie wspomnę o dźwiękach dochodzących z radia, które czasem z muzyką niewiele mają wspólnego. Nawet nocą docierają do nas odgłosy ulicy, sąsiedzkich gospodarstw czy mieszkań. Tak obciążony słuch adaptuje się do otoczenia, uznając hałas za swoje naturalne środowisko. Przestaje rozróżniać odgłosy, nie ostrzega przed niebezpieczeństwem, tępieje i zapomina o swojej roli.
W takich sytuacjach edukacja muzyczna zdaje się być wyprawą na Księżyc, nauką języka suahili, rozmową „ze ślepym o kolorach”, a w najlepszym wypadku bardzo utrudnionym zadaniem, któremu na przeszkodzie stoi cała nasza cywilizacja i codzienność.
LAS NIE ŚPI
Kiedy wyprowadziłam się z miasta i zamieszkałam „w borze”, już pierwszej nocy obudziła mnie… cisza. Obce mi dotąd doświadczenie braku odgłosów brzmiało niemal złowrogo. (Dla Indian Karola Maya cisza lasu oznaczała ukrytego w niej wroga). Dopiero po jakimś czasie nauczyłam się wyodrębniać pojedyncze odgłosy z uśpionej ciemności. Dziś to właśnie one pozwalają mi określić bez zegarka porę nocy. Zrozumiałam też, że las nigdy nie śpi. Pozorna cisza nocna to senne pohukiwanie sów, chrzęst łamanych lisimi łapami gałęzi, to czasem tupot sarnich kopyt albo chrząkanie dzików. To skrzypienie konarów drzew, popiskiwania myszy, czasem wyścig kun po dachu albo marcowe wrzaski kotów. Rarytasem w kolekcji leśnych odgłosów są wilcze skowyty lub jesienne porykiwania jeleni.
LEŚNE KONCERTY
Budząca się do życia przyroda to jeden wielki koncert. Głównie za sprawą wybornych śpiewaków – ptaków. Świsty, szczebioty, trele i świergoty słychać jeszcze w zupełnej ciemności. Ornitolodzy stworzyli tzw. ptasi zegar, zwany leśnym budzikiem, w którym ranne ptaszki – drozd, rudzik, kos, sikorka bogatka, kukułka, świergotek i pierwiosnek – kończą swoje śpiewy już o 4 rano! Po nich na scenie leśnej występują zięby, wilgi, szpaki, kopciuszki, pokrzewki czarnołbiste, dzwońce i szczygły. Śpiewy te, szczególnie piękne i donośne, rozlegają się głównie wiosną (choć i latem nie brak leśnych solistów).













_Zwiedzamy_zamek_w_Trokach_na_Litwie-640x470.jpg)





