Kategoria artykułów:

WIATR W ŻAGLE. ZEBRAŁA MARCELINA METERA.

Środek zimy jest dobrym czasem na planowanie wypraw. Oto kilka opowieści o wodzie, wietrze i wolności.

Marcelina Metera
PASJA I DOŚWIADCZENIE!

Najpierw popłynęły nasze dzieci, dwójka najstarszych. Wróciły zachwycone. Raz, potem drugi. Za trzecim stwierdziłam, że im potowarzyszę, bo może coś mi umyka. Nigdy nie żeglowałam, Mazury znałam z perspektywy kajaka – znałam i kochałam, więc postanowiłam sprawdzić, czy emocje podobne. Troszkę się bałam, oczywiście, ale że co ma wisieć, nie utonie – płyniemy.

I tak w śliczny majowy dzień znalazłam się na pomoście w giżyckim porcie, w gronie rodziców odwożących swoje dzieci na rejs, ale z tobołkiem i gotowa do zaokrętowania. Zaczepiła mnie jedna z matek, pytając, czy wracam od razu, czy następnego dnia. Odpowiedziałam, że nie wracam, bo płynę. Jej odpowiedź była pełna głębokiego podziwu: „No tak. To musi być pasja i doświadczenie!”.

Stało się to naszym załogowym żartem, a z czasem, trzy rejsy później, lapidarnym określeniem sytuacji, kiedy ktoś robi coś po raz pierwszy, nie wie, co z tego będzie, ale chętnie spróbuje.

Jest jeszcze „kwintesencja” – kiedy jest tak pięknie, że aż boli, i ktoś z załogi prosi sternika: „Niech pan to powie, bo chyba już trzeba”, a sternik wygłasza tonem oficjalnym: „To jest, proszę państwa, kwintesencja żeglowania!”. Jest „Dziubasek”, pieszczotliwa nazwa foka, jest nieśmiertelne „Drogi Watsonie, z bliskości trzcin dedukuję, że będzie zwrot…” – wewnętrzny żart szotowych. Komend jako takich jest u nas mało, nie trzeba się wydzierać, skoro wszyscy wiedzą, co trzeba robić. Zwłaszcza pod koniec, kiedy już dopływamy. Z zachowaniem całej proporcji, ale doskonale rozumiałam słowa Tracy Edwards, wypowiedziane w, znakomitym swoją drogą, filmie Maiden – w ostatnich dniach regat (dookoła świata) bohaterki nie musiały już rozmawiać ani wydawać komend, bo czytały sobie w myślach. Jest coś takiego.

Na każdym rejsie są debiutanci i stara gwardia, uważnie budujemy załogi pod względem towarzyskim i żeglarskim i robimy, co możemy, żeby wszyscy się dobrze czuli na swojej łodzi, bo różni są sternicy i ktoś woli pływać spokojnie, a ktoś bardziej regatowo.

Wreszcie to, co najważniejsze: Wyprawa. Nasze żeglowanie jest wędrówką od portu do portu, upragnioną, zapisaną gdzieś głęboko w genotypie włóczęgą.

Jest z założenia bardziej niebezpiecznie niż na lądzie i to też ogromnie ważny element: człowiek uczy się panowania nad strachem, przełamywania ograniczeń i zdrowej ostrożności jednocześnie. Dużo rzeczy robi się po raz pierwszy (albo po raz pierwszy w takich warunkach). Przechyły najpierw stresują, potem się przywyka, wreszcie zaczynają sprawiać frajdę. Kiedy nie wiadomo, czy się bać, patrzymy na sternika, który na przykład stoi jedną nogą w wodzie z szerokim uśmiechem na twarzy, i wtedy można się domyślać, że stres w tej sytuacji jest zbędny. Z czasem wszyscy uczą się przynajmniej podstaw pracy na pokładzie, a zrozumienie zawsze zmniejsza strach, po prostu wiadomo, skąd się co bierze.

Wreszcie to, co najważniejsze: Wyprawa. Nasze żeglowanie jest wędrówką od portu do portu, upragnioną, zapisaną gdzieś głęboko w genotypie włóczęgą. Omnia mea mecum porto , mój tymczasowy dom przemieszcza się razem ze mną. Wiem, w jakim śpiworze i na której koi zasnę, ale już rodzaj toalety i ewentualnego prysznica pozostaje niespodzianką (chyba że już się tu bywało i mamy ulubione miejsca). Droga jest też celem samym w sobie, nie chodzi o to, żeby jak najszybciej dopłynąć – wystarczy dotrzeć w bezpieczne miejsce przed zmrokiem, przecież w pewnym sensie cały czas jesteśmy w domu.

Relacje nawiązane w takich okolicznościach są  wyjątkowe: i te wewnątrz poszczególnych załóg, i te „portowe”, kiedy spotykamy się wszyscy, najlepiej przy ognisku, i mamy rozkosznie dużo czasu, żeby pogadać. W imię tych relacji ograniczyliśmy liczbę łodzi w jednym rejsie do sześciu (to i tak jest około pięćdziesięciu osób!), gdyby było nas więcej, zapodzialibyśmy atmosferę. Zasada jest taka sama, jak na wszystkich MMS Wyprawach: odpoczywamy, jak kto chce, żadnych odgórnych, tłumnych zgromadzeń i integracji; ktoś gada, ktoś idzie po drewno, ktoś czyta, ktoś odpada i zasypia. Możemy sobie na to pozwolić, bo nasze dzieci są mądre, kochane i czują nasze zaufanie. Poruszają się w tej wielkiej przestrzeni wolności, którą wyznaczamy, nie przekraczając jednak jej granic. Jeśli prosimy o lądowanie w śpiworku o nieco wcześniejszej godzinie, to komplet załogantów stawia się punktualnie, bo dobrze wiedzą, że to nie nasza złośliwość albo pryncypialność. Wiedzą też, że następnego wieczoru będą mogli rozmawiać dowolnie długo, bo rozumiemy tę potrzebę.

Słuchając fragmentów tych ich rozmów, myślałam sobie, że jest dla tego świata jakaś nadzieja, dopóki chce im się tak siedzieć, spierać się gorąco, planować wielkie rzeczy, pytać z nieustającą ciekawością i otwartością: „Dlaczego tak uważasz?”.

A rano kawa, pakowanie i wypływamy. To uzależnia.

Benedykt Jaros
PRZEKONAĆ NIEPRZEKONANEGO

Żagle. Najpowszechniejszą definicją tego słowa jest: „rodzaj napędu wiatrowego stosowany w jednostkach pływających". Kawał materiału o powierzchni kilkudziesięciu metrów. I tyle. Dla mnie jednak „żagle" znaczą coś więcej. Oznaczają kolejną ucieczkę przed depresyjną rzeczywistością łódzkiej aglomeracji, kolejne bilety do Warszawy, a z Warszawy starym składem TLK na północny wschód, do Giżycka. Oznaczają spotkanie ze znajomymi i przyjaciółmi z całej Polski, przygodę i zdobywanie doświadczenia, podobnie zresztą jak wyjazdy w góry, także organizowane przez pana Adama.

Nigdy nie przepadałem za wodą, a jej odmętów i tego, co może w nich czyhać, boję się w pewnym stopniu do tej pory. Nigdy też nie lubiłem jesieni, zwłaszcza tej „złotej, polskiej” z nostalgicznych wspomnień starszych członków rodziny. Co więc sprawiło, że 25 września 2017 roku zdecydowałem się po prostu spakować i wyjść z domu, wyruszyć w podróż, której byłem bardzo niechętny? Nie, absolutnie nie wizja kończącego się sezonu turystycznego na Mazurach, to mnie wręcz odpychało. No więc jaki był powód, jaka motywacja? Wizja nudnej, szarej codzienności.

W niedzielę, w którą zaczynał się obóz żeglarski na Mazurach, wróciłem późnym wieczorem do domu, przemoczony, zmęczony i przeziębiony, po weekendzie spędzonym w górach na Dolnym Śląsku. Absolutnie nie uśmiechało mi się przepakowywać i kolejnego dnia jechać na przeciwległy kraniec Polski, do ludzi, z których praktycznie nikogo prócz pana Adama nie znałem. Chciałem się wyspać, kolejne dni poleżeć, ponudzić się z przeziębieniem i mieć święty spokój. Zwłaszcza że pomysł wyjazdu na żagle wyszedł od moich rodziców, a wtedy z racji apogeum nastoletniego buntu byłem wrogo nastawiony do wszystkich ich propozycji.

W poniedziałek rano oświadczyłem, że nigdzie nie jadę, chcę sobie posiedzieć w domu i mieć spokój. Rodzice, po krótkiej nerwowej dyskusji, z rezygnacją i niekrytym rozczarowaniem zaakceptowali moją decyzję. Z satysfakcją wróciłem do pokoju, usiadłem na łóżku z chwilowym poczuciem triumfu. Spojrzałem za okno i zacząłem myśleć o tym, co mnie czeka w nadchodzącym tygodniu. „Najbliższe godziny pewnie zmarnuję, bezproduktywnie przeszukując zawartość YouTube’a. A na 14:00 rosyjski. O matko, jeszcze ten ruski... A gdyby tak... może jednak…”.

No i sprawdziłem najbliższy pociąg w kierunku Warszawy, spakowałem się w pół godziny i po prostu wyszedłem z domu. Tak ot, przed siebie, z 60-litrowym plecakiem i przytroczonymi do niego zielonymi kaloszami, czując już, że będą przeszkadzać w każdym kolejnym etapie podróży.

Najpierw na Dworzec Fabryczny, przesiadka na Widzewie. Potem Warszawa, teraz już symboliczne miasto przesiadek w moich podróżach. Z Dworca Wschodniego busem do Giżycka, a stamtąd do Zimnego Kąta, zatoczki, do której dopłynęła załoga pana Adama tamtego dnia.

Chcesz przeczytać do końca?

Ten i setki innych artykułów są dostępne w ramach prenumeraty.
Zdobądź dostęp do wszystkich treści, stań się częścią społeczności.

Zyskaj dostęp online do wszystkich artykułów, które ukazały się na łamach Magazynu Kreda

Dostęp online do wszystkich artykułów oraz 4 kolejne wydania kwartalnika KREDA w wersji drukowanej prosto do twojego domu. Zamawiając prenumeratę stajesz się członkiem klubu KREDA. Sprawdź korzyści i dołącz już teraz.

0 komentarzy
Informacje zwrotne w treści
Wyświetl wszystkie komentarze

KREDA SKLEP

Newsletter #kredateam

Zapisz się na nasz newsletter i odbierz prezent: pełne wydanie Kreda „Neurodydaktyka” w wersji PDF

Wpisz poniżej swoje dane, a my wyślemy prezent na Twoją skrzynkę e-mail.

Podanie powyższych informacji jest równoznaczne z zapisem na newsletter Kredy. Możesz wypisać się w dowolnym momencie.

Jeżeli po raz pierwszy rejestrujesz się w naszym systemie, potwierdź Twój adres e-mail. W tym celu kliknij potwierdzenie w wiadomości e-mail, którą do Ciebie wyślemy. W kolejnej wiadomości otrzymasz prezent. Jeżeli wiadomość nie dotarła do Twojej skrzynki, sprawdź folder spam lub inne foldery: oferty, powiadomienia, itp.